sobota, 12 sierpnia 2017

Rozdział 23 - Kolory pośród szarości

Na korytarzu kamienicy było cicho i pusto, dlatego pani Renadzka poważnie się przestraszyła, gdy zza ściany wyszła młoda kobieta. Wyglądała osobliwie, spod granatowego beretu wystawały jej niedbale upięte niebieskie włosy.
- Przepraszam, pani tu mieszka? - zagadnęła nieznajoma.
- Dziecko, przeraziłaś mnie nie na żarty. - Starsza pani głośno oddychała.
- Przepraszam najmocniej, nie miałam takiego zamiaru. - Zabrzmiało to tak szczerze, że Renadzka uspokoiła się i zapytała o imię właścicielkę niebieskich włosów.
- Zofia jestem. - Skłoniła głowę.
Renadzka odpowiedziała i potwierdziła, że mieszka w tej kamienicy.
- A wie pani, czy ostatnio kogoś tutaj zabrali Niemcy? - spytała Zofia.
- Była taka jedna dziewczyna, wyprowadzili ją razem z Cierniakiem, o, tutaj. - Wskazała ręką drzwi, oznaczone małą dwójką. Wciąż podejrzliwie obserwowała nieznajomą.
- Dziękuję pani bardzo. Nie będę zabierać pani więcej czasu, do widzenia!
Zofia wyszła na ulicę i cicho przeczytała adres, zapisany na małej karteczce. Następnie sprawdziła godzinę na zegarku. Za pięć minut miała być kilka ulic dalej, na spotkaniu konspiracji. Miała pomóc oddziałowi majora Kwietnia w odczytaniu niemieckich zapisków.
Dobiegła do najbliższej rikszy, wołając do kierującego nią chłopaka. Usiadła na kanapie, głośno popędzając przewoźnika.
- Ciszej, jeszcze Fryce się przyczepią! - upomniał ją, ale przyspieszył. W rezultacie dotarła na miejsce jedynie trzy minuty po czasie.
- O, właśnie idzie. - Usłyszała męski głos, gdy wykonała kilka puknięć do drzwi. Był to kod, który miał pomóc w rozpoznaniu konspiratorów. Kobieta weszła do środka, rozglądając się wokoło.
- Serwus! - przywitała się. - Sybilla jestem.
- Serwus - odpowiedziało jej kilka głosów.
- Siwa.
- Janek.
- Szymański. A to kapitan Tańczyński. - Ostatni z zebranych kiwnął głową.
- Mamy tutaj coś, co trzeba rozszyfrować. To prywatny notes gruppenführera Bülowa - powiedział mężczyzna. - Prawdopodobnie będą tam nazwiska i kontakty polskich konfidentów i współpracowników generała. Na kiedy możesz to zrobić?
Zofia zastanowiła się na chwilę. Wzięła do ręki oprawioną w skórę książeczkę i przekartkowała pospiesznie.
- Wydaje mi się, że to pilna sprawa. Postaram się na sobotę. Może być? - spytała kapitana.
- Dobrze. W sobotę spotkamy się o tej samej porze pod tym samym adresem. Możesz odejść.
- Jeszcze jedno! - przypomniało się Zofii. - Niemcy zabrali moją współlokatorkę, mieszkanie jest spalone. Potrzebuję noclegu na najbliższe dni.
- Chwileczkę... - Tańczyński przeszukał kieszenie. Wyciągnął długopis i kartkę papieru i nabazgrał na niej adres Beaty Wal.
- To jest sprawdzone mieszkanie ciotki Heleny, powiedz tylko, że jesteś od Topora.
- Tak jest! I dziękuję. Serwus! - pożegnała się i wyszła.
- Podobają mi się jej włosy - skomentowała Siwa.
- Baletnica na pewno może ci o niej poopowiadać - szepnął do niej Janek. - To awangardowa artystka i malarka. Jakby tego było mało, jedna z lepszych szyfrantek.
-  Możemy wejść do majora, obudził się - zakomunikował Robert. Wszyscy przeszli do pokoju obok, gdzie leżał Kwiecień. Otoczyli go kołem, czekając na to, co ma do powiedzenia.
- Słuchajcie uważnie - zaczął dowódca. Każde słowo było ledwo słyszalne, jakby mówienie było zbyt męczące dla majora. - Sybilla rozszyfruje ten notes, w razie czego pomoże jej Andrzejka, są w tym najlepsze. Nie zdradziłem Niemcom żadnych informacji, ale mógł to zrobić ktoś inny. Musicie uważać, ktoś na mnie doniósł i na was też może. Podejrzewam, że zdradzić mnie mógł któryś z tych złodziei, szumowiny. Kupowałem od nich broń, pewnie mieli ją prosto od Niemców. Siwa, przenikniesz do ich środowiska i spróbujesz się czegoś dowiedzieć.
- Tak jest! - Barbarze ściskało serce na widok majora, starającego się brzmieć jak dawniej.
- Lokal na Grzybowskiej może być spalony, Janek, sprawdzisz to i ostrzeżesz Anikę.
- Tak jest.
- Nie zostało mi wiele czasu - Kwiecień odkaszlnął ciężko. - Kapitan Tańczyński przejmuje dowodzenie nad waszym oddziałem. - Nie było sensu protestować. Nawet gdyby Kwiecień przeżył, powrót do dawnej sprawności zająłby mu wiele tygodni. - Jaki jest stan Baletnicy?
- Doktor Katarzyna mówiła, że rana zagoi się za miesiąc. Już widać poprawę, Baletnica przestała uskarżać się na mocne bóle - powiedziała Barbara.
- Dobrze, dobrze. Robert, jak twoja rana?
- Draśnięcie. Straciłem tylko trochę krwi. - Wskazał bok.
- Nie mam nikogo na sumieniu... - Major westchnął z ulgą. - Mam nadzieję, że zobaczymy się na najbliższym spotkaniu.
Jak się później okazało, więcej się nie spotkali. Józef Maj zmarł tej nocy podczas snu.

***

Ciotka Helena mieszkała całkiem niedaleko, jak się później okazało. Zofia zapukała energicznie i odsunęła się nieco. Otworzyła jej kobieta przed pięćdziesiątką.
- Dzień dobry, ja od Topora. Czy zastałam ciotkę Helenę?
- Tak, to ja.
- Potrzebuję pokoju na kilka nocy.
Kobieta zmierzyła dziewczynę wzrokiem.
- Wejdź, proszę. Akurat zwolnił się jeden pokój. - Zakluczyła za nią. - Szukają cię?
- Można tak powiedzieć, aresztowali moją współlokatorkę. Sybilla jestem - przedstawiła się i położyła swój plecak pod ścianą.
- Helena. - Pani Wal również podała swój konspiracyjny pseudonim. Odebrała od Zofii zimowy płaszcz i schowała go do szafy.
- Bezpieczniej będzie, jeśli zmienisz kolor włosów na... mniej rzucający się w oczy? - spytała Beata, krytycznie patrząc na niebieskie kosmyki.
- Miałam nadzieję, że uda mi się je zatrzymać - westchnęła. - Ale ma pani rację. Zmyję tę farbę. Od dawna chciałam je też obciąć, za bardzo wpadały mi do oczu.
- Krótkie włosy nie są ostatnio zbyt popularne, skrócę ci je do ramion.
- No dobrze, dziękuję bardzo.
- Możesz zostać tu tak długo, jak chcesz, ale musisz być ostrożna. W pokoju obok mieszka jeden robotnik, nie sądzę, by był w konspiracji.
- Oczywiście, może być pani spokojna.
- Tutaj będzie twój pokój. Masz szczęście, niemiecki oficer zrezygnował z moich usług dwa tygodnie temu. Nie będzie się tobą interesował.
Zofia zamknęła za sobą szklane drzwi, wyjęła z plecaka ołówek i kartkę papieru. Nakreśliła kilka słów, po czym schowała liścik do torby.

"Moja Kochana J.,
Do końca tygodnia nie mogę się z Tobą spotykać. Wynajmuję pokój, mieszkanie musiałam sprzedać, nie szukaj mnie w nim. Odezwę się wkrótce,
Twoja Z."

sobota, 5 sierpnia 2017

Rozdział 22 - Duma i zagrożenie

3 grudnia 1939

Tego dnia między licznymi mieszkańcami Warszawy, którzy odśnieżali stolicę, znalazła się Weronika. Zazwyczaj zostawiała takie prace innym, jednak dzisiaj miała przydział w kościele. Zaraz po porannej mszy zabrała z zakrystii łopatę i odgarnęła śnieg ze ścieżki prowadzącej do głównego wejścia. Zanim doszła do wejścia bocznego, wpadła na Zuzannę, sypiącą piach na oblodzoną dróżkę.
- Co ty tutaj robisz? - Wercia wyściskała dziewczynę.
- Pomagam ci w odśnieżaniu.
- Miałaś nie przychodzić w czwartki i niedziele...
- Ale dzisiaj nawet moja mama wyszła odśnieżać ulicę. Przecież ciężko jest przejechać, a wojsko niemieckie musi mieć możliwość szybkiego przemieszczania się po mieście - wyrecytowała i zachichotała cicho. Weronika też się uśmiechnęła.
Zakończyło się kolejne nabożeństwo. Z kościoła wychodzili wierni, gęsiego drepcąc po wąskiej ścieżce. Od strony zakrystii przyszła siostra Hiacynta, prowadząc ze sobą dwie inne osoby.
- Przyprowadziłam wam dwie panienki do pomocy. - Siostra Hiacynta wskazała na Barbarę i Andreę.
- Andrea, dobrze pamiętam? - odezwała się Zuzanka.
- Czyli nawet się znacie, doskonale. Co to się dzieje z tym światem, że młode panienki muszą odśnieżać za mężczyzn... - Siostra zostawiła je same, wracając do budynku.
- O, Andrea, witajcie. - Weronika otarła spocone czoło.
- Cześć. To jest Barbara. - Andrea przedstawiła przyjaciółkę.
- Weronika. Musimy dokończyć odśnieżanie bocznej drogi, a potem poszerzyć główną ścieżkę - poinstruowała nowe pomocnice.
- A my już się znamy. - Zuzanna radośnie potrząsnęła dłonią rudej. Barbara posłała jej ostrzegające spojrzenie, jak się okazało, niepotrzebnie. - Widujemy się w szpitalu na praktykach.
- Sami lekarze wokoło - mruknęła Weronika. - Bierzemy się do pracy, bo chyba tu zamarznę.

***

Po godzinie pracy Zuzanna wróciła do domu. Matka już na nią czekała ze skromnym obiadem.
- Wszędzie pełno śniegu, zimno niemiłosiernie, jakby Niemców nam było mało - narzekała pani Kolęda. - Przebierz się koniecznie! Nie możesz się przeziębić.
Kiedy usiadły, kobieta przeszła do poważniejszych tematów.
- Zuzanko, martwię się o ciebie. Nie wyglądasz już tak zdrowo, zrobiłaś się małomówna - zaczęła.
- Spokojnie mamo, może to zima.
- Raczej brak snu. Może powinnaś zostawić wieczorną naukę? Rozumiem, że chcesz się skupić na pomocy ludziom, dlatego zgadzam się na dalszą pomoc w szpitalu.
- Mamo, nic mi nie będzie, nie martw się tyle.
- Jak mam się nie martwić, dziecko? Może chociaż zrezygnujesz z pracy w kościele?
- Koleżanka zaoferowała, że mnie zastąpi w czwartki i niedziele.
- Chociaż koleżanka ma trochę oleju w głowie, podziękuj jej ode mnie. Która to?
- Nie znasz jej, przyjechała do Warszawy kilka miesięcy temu.
- Uciekła ze Wschodu?
- Nie, wprowadziła się jeszcze przed wojną, poznałyśmy się w kościele.
- No dobrze, ale czy to wystarczy? Nie musisz tyle pracować...
- Ale chcę, mamo. Muszę być silna.
- Jesteś jeszcze dzieckiem...
- Mamo, jestem dorosła!
- To tylko osiemnaście lat...
- Mamo. - Zuzanna spojrzała rodzicielce w oczy. - Nie jestem już dzieckiem. Walczę za Polskę tak, jak tata.
Matka nie zrozumiała, dlatego Zuza pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Dołączyłam do konspiracyjnej organizacji.
Kobieta wstała i objęła córkę.
- Zmartwiłam się okropnie, nawet nie chcę myśleć o tym, co Niemcy... Ale jestem też z ciebie dumna. Jeśli będę mogła wam w jakiś sposób pomóc, powiedz.
- Dziękuję, mamo.

***

Zaraz po przyjściu do kwatery głównej gestapo von Rheinfelder udał się do zastępcy komendanta, sturmbannführera Waltera Wagnera.
- Walter, posiadam komplet dowodów, świadczących przeciw jednemu z generałów - powiedział hauptsturmführer, gdy zasiedli w wygodnych fotelach. - Okrada Trzecią Rzeszę oraz załatwia nielegalne interesy z Polakami.
- Któż to taki, Karl?
- Gruppenführer von Bülow.
- Zastanawiające. Co na niego masz? - zapytał, podając towarzyszowi paczkę papierosów. Zapalili oboje.
- Jeden z naszych żołnierzy słyszał, jak pijany strażnik z rezydencji von Bülowa rozpowiadał o złocie i cennych przedmiotach, gromadzonych przez gruppenführera. Oprócz tego wiem, że podejrzany kontaktuje się z Polakami, w tym konspiratorami.
- Czy to potwierdzone informacje?
- Moje źródła są pewne. Zorganizuj mi, proszę, pozwolenie na areszt gruppenführera i przydzielenie odpowiedniej eskorty.
- Musisz poczekać z tym do przyszłego tygodnia. Powiedz mi jeszcze, Karl, słyszałem, że odbito twojego więźnia?
- To byli niebezpieczni bandyci. Moi ludzie już ich szukają.
- Jak niby planujesz odszukać ludzi, których nikt nie widział, bo wszyscy nasi ludzie zginęli? - Wyraźnie rozeźlony, zgasił papierosa w popielniczce.
- Jeden przeżył. Leży w szpitalu, ale jego stan pozwolił mu na opisanie kilku z nich.
- No, pochwal się Karl, co wiecie?
Von Rheinfelder wyjął kartki z tekturowej teczki. Zaczął czytać.
- Kobieta, rude włosy, szczupła. Mężczyzna z karabinem maszynowym. Mężczyzna, ciemne włosy, zastrzelił kaprala. Powinien mieć ranę postrzałową na tułowiu, nasz dzielny żołnierz go trafił - dodał oficer.
- I co dalej? - zapytał zastępca komendanta.
- To wszystko.
- Jak niby chcecie znaleźć tych ludzi? Aresztujecie każdą rudowłosą kobietę?
- Zaangażowałem jednego Polaka, tego, który dostarczył nam informacje o tym, którego zaaresztowaliśmy. Powinien dowiedzieć się, kto trzyma z naszym uciekinierem.
- Załatwię ci to pozwolenie na aresztowanie von Bülowa, ale musisz złapać choć jednego z tych bandytów. Może skłonimy ich do współpracy.
- Ten poprzedni nie był zbyt chętny... - przyznał von Rheinfelder.
- To nie polepsza twojej sytuacji.
- Tamten musiał być kimś ważnym. Jeśli trafimy na pionka, powinno być łatwiej.
- Jeśli tamten był taki ważny, to jeszcze bardziej pogrąża cię jego strata.
- Obiecuję, że to się nie powtórzy, a następny wszystko nam wyśpiewa.
- Lepiej, żeby tak było. Idź już i zajmij się swoją robotą.
- Do zobaczenia, Walter.

wtorek, 25 lipca 2017

Rozdział 21 - Początek zimy

- Słyszała to pani? - Zuzanna zamarła, przerywając owijanie ręki Kwietnia w czysty bandaż. 
- Tak. Bądźmy cicho - wyszeptała doktor Katarzyna. 
Na korytarzu Car instruował pozostałych.
- Nicpoń, Topór, wyciągnijcie broń i stańcie tutaj. Dacie radę zastrzelić kilku z zaskoczenia - syknął major, stając przy ścianie za drzwiami wejściowymi. - A teraz cisza!
Przez ściany słuchać było krzyki, kroki, wrzaski. Konspiratorzy czekali w napięciu na nieuniknione. Odgłosy biegających ludzi nie cichły, ale też nie robiły się głośniejsze. Po minucie, ciągnącej się niczym długie godziny, hałas jak gdyby ustawał. Zgromadzeni w mieszkaniu znów zaczęli oddychać.
Zuzanka podskoczyła przerażona, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. W ciszy wydawało się okropnym hukiem. W rzeczywistości było to zwyczajne, nerwowe pukanie. 
Fryderyk i Filip spojrzeli na Cara, czekając na decyzję. Major skinął głową, pozwalając na otwarcie. Odsunął się od wejścia, robiąc miejsce Filipowi. Chłopak otworzył na tyle szeroko, by móc obejrzeć twarz pukającego. Była to starsza pani, ubrana w zimowy płaszcz i bordowy beret, ściskająca w rękach siatkę na zakupy. 
- Pani Renadzka? - opuścił broń, wskazując pozostałym, by uczynili to samo. Na korytarzu było już zupełnie cicho. 
- Panicz Rosocki... - sapnęła.
- Wie pani, co się stało?
- No, przecież Niemcy przyszli. - Nie mogła uspokoić oddechu. Odłożyła siatkę na ziemię i oparła się o framugę. - Miałam wyjść, zobaczyć, czy gdzieś dostanę świeży chleb. A tu nagle Szwaby wpadają, to pobiegła ja do mieszkania i zamknęła się na cztery spusty. Minęłam panienkę jakąś, nie widziałam jej wcześniej. Cierniak spod dwójki chciał ją schować, ale chyba nie zdążył. Słyszałam, jak ich wyprowadzali...
- Już dobrze, pani Renadzka. - Fryderyk przecisnął się do kobiety. - Ta panienka, widziała ją pani?
- Co? A, tak, wyższa ode mnie o dwie głowy. Więcej nie widziałam. A to ktoś od pana był?
- Nie jestem pewien. A coś więcej może pani pamięta?
Kobieta spojrzała na niego, poirytowana.
- Nie pamiętam, człowieku, ja myślałam, że Niemcy po mnie idą! Jak miałam coś zobaczyć?
- Już dobrze, niech pani idzie do siebie, odczeka parę godzin. - Uspokajał ją Filip. - Pójdzie pani do sklepu później. Dokąd idziesz? - To ostatnie skierował do Fryderyka, pospiesznie zarzucającego płaszcz.
- Muszę coś sprawdzić. - Zbiegł po schodach w dół.
- Do widzenia - rzuciła Renadzka i zniknęła w swoim mieszkaniu. 
- Do widzenia. - Zrezygnowany Filip zamknął drzwi. Car nie chciał ujawniać swojej obecności przypadkowym ludziom, więc schował się na korytarzu.
- Kto to był? Czy Niemcy odjechali? Gdzie do licha poszedł Nicpoń?
- To tylko właścicielka mieszkania i nasza sąsiadka, pani Renadzka. Wygląda na to, że Niemcy przyszli tu po kogoś innego, zabrali jakichś ludzi i pojechali. A Nicpoń zaniepokoił się, czy to nie jego dziewczyna. Czasem tutaj przychodzi.
- Jest w konspiracji?
- Nie.
- Czego Niemcy mieliby od niej chcieć?
- Może to nie ona. Mam nadzieję, że to nie ona. - Przeszedł do pokoju, w którym leżał Kwiecień i wyjrzał przez okno.
Na ulicy Fryderyk walczył z chęcią biegu w stronę kamienicy na Zimnej. Zaciskał pięści, zaciskał szczęki, wpatrywał się w przybliżającą się uliczkę. Ostatnie kilka metrów podbiegł, wpadając do środka. Wbiegł na najwyższe piętro i zapukał w drzwi, nerwowo przestępując z nogi na nogę. 
Gdy otworzyła mu Weronika, rzucił się jej na szyję, pocałował mocno jej usta, zanim zdążyła zapytać się, o co chodzi. W końcu oderwał się od niej i przytulił. 
- Fred... - wydusiła, zaskoczona. 
- Cieszę się, że cię widzę, Wercia.
- Ja też... Coś się stało?
- Nie, kochana, właśnie nic się nie stało. Po prostu cieszę się, że jesteś.

***

29 listopada

Za oknem spadały kolejne płatki śniegu. Weronika i Zuzanna ukryły się przed mrozem pod kocem, w mieszkaniu tej pierwszej. Babka Bronka rozpaliła w piecu, dzięki czemu nie było upiornie zimno. 
- Ojej, ale pogoda - westchnęła Zuzanka. Ostatnie tygodnie wyczerpały ją fizycznie i psychicznie. Co prawda, obie akcje jej oddziału się powiodły, a rany Roberta i Barbary nie były groźne, lecz sam fakt otarcia się o śmierć podczas strzelaniny i ryzyko pojmania przez wrogich żołnierzy przepełniało ją strachem. W połączeniu z brzydką pogodą i ciężką pracą wysysało życie z młodej dziewczyny. Pięć dni w tygodniu pracowała w szpitalu, wieczorami uczyła się potajemnie, by kiedyś zostać lekarzem, do tego dochodziły praca w kościele i konspiracja. 
- Przepracowujesz się, Zuza. Czy ty się chociaż wysypiasz? - Weronika zerknęła na jej podkrążone oczy.
- Nie zawsze...
- Nie mogę bezczynnie przyglądać się, jak moja przyjaciółka się przemęcza. Kiedy chodzisz pomagać do kościoła? 
- W niedziele, wtorki i czwartki. 
- W niedzielę i czwartek będę cię zastępować. Pogadam z siostrą, powiem jej o twojej pracy w szpitalu. Co ty tam takiego robisz?
- Nic wielkiego, naprawdę. Poradzę sobie. 
- Nie poradzisz. Mamy początek zimy, a ty już wyglądasz, jakbyś miała dosyć. Jutro po pracy idę do kościoła. Nie waż mi się tam pojawiać, idź do domu, wypij coś ciepłego i idź spać. - Żartobliwie owinęła ją ciasno kocem i objęła, kołysząc, jak małym dzieckiem. Zuzanna roześmiała się, nie mając szans z uporem towarzyszki.
- A właśnie, znalazłaś już nową pracę?
- Tak. - Zaczęła opowiadać dziewczynie o przygodach w stadninie. W miarę słuchania oczy Zuzanki robiły się coraz większe.
- Umiesz jeździć konno - powiedziała, gdy Weronika skończyła opowiadać. - To jest coś!
- Byłam nawet członkiem klubu sportowego.
- A miałaś własnego konia?
- Dwa.
- Masz jakieś zdjęcie?
Weronika zawahała się.
- No, pokaż!
- Właściwie, to mam. - Wstała, prowadząc gościa do swojego pokoju. Wskazała na czarno-białe zdjęcie, oprawione w prostą ramkę. Zuzanka przybliżyła się i nachyliła, by lepiej widzieć. 
- Proszę. - Weronika podniosła i podała przedmiot przyjaciółce.
Na ciemnym koniu siedziała Wercia, dumnie unosząc głowę. Obok stał drugi koń, niemal zupełnie biały. Twarz jeźdźca wydawała się dziewczynie znajoma. Chłopak wyglądał jak...
- To jest twój ukochany? - spytała niepewnie.
- Wygląda zupełnie, jak Twój kuzyn, nieprawdaż? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- T-tak, zupełnie jak on... - Zuzanna zaczerwieniła się.
- Spokojnie, wiem, że jest w konspiracji, może być nawet twoim prawdziwym kuzynem.
- On nie jest moim kuzynem. - Spuściła głowę. - Powiedziałam tak, żeby...
- Wiem, żeby wybrnąć z sytuacji. A ja nie chciałam cię dodatkowo stresować.
- Dziękuję - szepnęła. 
- Chodź, nie rozmawiajmy już o tym.

***

Michael stał w idealnie czystym gabinecie hauptsturmführera von Rheinfeldera, siedzącego pod portretem Führera. 
- Schweiger, jesteś porządny, a ja lubię porządek. Moja sekretarka, Lotte Müller, jest chwilowo niedysponowana i przebywa w szpitalu. Zastąpisz ją od jutra. 
- Tak jest, panie hauptsturmführer.
- Jutro, za dziesięć dziewiąta, masz być tutaj. A teraz możesz odejść.
Przepisowo stuknął obcasami i opuścił pokój. Przeszedł ciasnym korytarzem, zszedł po szerokich schodach i minął recepcję. Marie już na niego czekała. Michael zwrócił uwagę na to, że jej nos był niemal tak czerwony, jak jej usta.
- Przeziębiłaś się? - spytał, zatroskany. 
- To nic takiego, naprawdę. - Kichnęła. Wyciągnęła białą chustkę i delikatnie wytarła nos.
- Nie powinnaś nigdzie chodzić w tym mrozie. Odprowadzę cię do domu.
Marie uśmiechnęła się z wdzięcznością. Wiedziała, że dzisiejsza randka nie ma sensu. Chwyciła wyciągnięte ramię partnera i wyszła z nim na mróz.
- Wyglądasz bardzo elegancko w tym mundurze. - Powtórzyła swój ulubiony komplement. Raczyła go nim co najmniej raz w tygodniu, choć wolałaby podziwiać młodego mężczyznę w cywilnym ubraniu. Mike, mimo żołnierskiego uniformu, pozostawał wrażliwym studentem. Nie pasował do wojska.
- A ty nawet z czerwonym noskiem jesteś dla mnie najśliczniejsza.
Zachichotała i cmoknęła go w policzek. 
Będąc niezmiernie szczęśliwym z prowadzenia tak urodziwej i radosnej dziewczyny, Michael nie zwracał uwagi na to, co dzieje się wokół niego. Gdyby Andrea z Robertem szli drugą stroną ulicy, z pewnością  by ich nie zauważył.
- O, Andrea! - Przystanął. Jego siostra zaczerwieniła się jak burak.
- Cześć, Andrea - przywitała się Marie. Dziewczyna niechętnie im odpowiedziała.
- Cześć. Mike, Marie, to jest Robert. Robert to mój brat, Michael, i jego znajoma, Marie. 
- Dzień dobry - wymruczał Robert, siląc się na naturalny niemiecki. Para z naprzeciwka nic nie zauważyła, uśmiechnęli się do niego i podali ręce.
- To my już pójdziemy. - Andrea uśmiechnęła się przepraszająco i wyminęła brata. Robert podążył za nią, nie oglądając się za siebie. 
Mike wymienił spojrzenie z Marie.
- Moja siostrzyczka chyba znalazła sobie kawalera. - Roześmiali się oboje, ciesząc się, że pomimo wojny, dzieją się jeszcze dobre rzeczy.

środa, 12 lipca 2017

Rozdział 20 - Na krawędzi

27 listopada

Od rana major Car siedział przy telefonie, oczekując sygnału od zaufanego człowieka. Pracujący na Pawiaku strażnik zadzwonił przed dziesiątą, by potwierdzić przejazd ciężarówki z Kwietniem.
Zaraz po odłożeniu słuchawki major spojrzał po twarzach zebranych w jego mieszkaniu podkomendnych.
- Ruszamy. - Na jego przyzwolenie sprawnie zeszli na dziedziniec, załadowali broń na ciężarówkę i dojechali na miejsce, w którym mieli zaskoczyć konwój. Wysiadali pojedynczo, szli różnymi ulicami. Tańczyński zaparkował w jednej z uliczek, tak, aby mógł wyjechać z niej jak najszybciej. Po drugiej stronie głównej ulicy stanął samochód, prowadzony przez Filipa. Topór dotknął kieszeni, w której ciążyły mu dwa granaty. Miał nadzieję, że nie będzie musiał ich używać. Jeśli Siwa celnie rzuci butelkami, powinna unieszkodliwić obydwa pojazdy niemieckiego wojska.
Barbara ukryła butelki na brzuchu pod luźnym płaszczem. Nie widać było po niej strachu, jedynie determinację i skupienie. Co chwilę zerkała na majora, czytającego ogłoszenia na słupie. W rzeczywistości Car dyskretnie spoglądał na Alicję, stojącą na zakręcie. Jako aktorka doskonale udawała znudzoną oczekiwaniem panienkę. Spojrzała na złoty zegarek na swoim nadgarstku i wypuściła powietrze z płuc. Widząc to, Barbara niemal wybuchnęła śmiechem. Alicja zachowywała się zupełnie, jakby wyimaginowany chłopak artystki spóźniał się na spotkanie.
Janek i Fryderyk stali nieopodal, opierając się plecami o mur. Pierwszy czytał gazetę, drugi obserwował Cara spod przymrużonych oczu. Kątem oka widział Szymańskiego, gawędzącego z siedzącym za kierownicą ciężarówki Tańczyńskiego.
Minęło prawie pół godziny, odkąd Zuzanna stanęła na swojej pozycji. Zastanawiała się, ile jeszcze może to potrwać. Zmarzły jej ręce, więc przyłożyła je do twarzy i chuchnęła ciepłym powietrzem. Przez palce zobaczyła zbliżający się motocykl z niemieckimi żołnierzami. Zaraz za nim jechała wojskowa ciężarówka, mająca przewozić majora. Obserwatorka otworzyła torebkę i zaczęła gorączkowo przeszukiwać jej wnętrze. Uniosła głowę, by sprawdzić, czy Baletnica zauważyła sygnał. Rudowłosa aktorka już wyjmowała szminkę, więc Zuzanna wyjęła z torebki rękawiczki i ruszyła chodnikiem, zaraz za ciężarówką.
Gdy wyszła zza zakrętu, usłyszała pierwsze strzały i hałas rozbijanej szyby. Nicpoń i Janek ostrzelali pojazdy, ciężarówka płonęła od butelki z benzyną. Jeden z Niemców wyskoczył z kabiny i schował się po drugiej stronie. Wyciągnął pistolet i wystrzelił na oślep, dym zasłaniał mu napastników. Od tyłu zaszedł go Robert, trafiając podoficera w ramię. Niemiec podskoczył i osunął się na ziemię. Wystrzelił jeszcze kilka razy w kierunku Szymańskiego, uciekającego do bocznej uliczki.
Tymczasem Car mocował się już z drzwiami, za którymi miał czekać Kwiecień. Dobiegły do niego obydwie obserwatorki. Major szarpnął za prawe skrzydło i otworzył je na oścież. Wskoczył na rampę i rozejrzał się. W środku oprócz ciemności nie znajdowało się nic. Przynajmniej tak wydawało mu się w pierwszej chwili.
- Panie majorze, na dole! - krzyknęła Zuzanna, stojąca na ziemi obok Alicji, wskazując to, co zostało z Kwietnia. Aktorce wystarczyło jedno spojrzenie na ciało, by odwrócić się i zwymiotować na ulicę. Pocisk leżącego Niemca trafił ją w nogę, gdy nieudolnie celował w głowę aktorki. Chwilę potem dosięgnął go strzał z karabinu Fryderyka.
Aktorka wrzasnęła i przewróciła się na bruk. Zuzanna z przerażeniem kucnęła obok niej.
- Nicpoń! - zawołała łamiącym się głosem. Chłopak podbiegł i od razu podniósł Alicję. Po chwili dołączył do nich Robert i wziął ją na ręce.
- Weźcie Kwietnia! - Odszedł w stronę ciężarówki.
Pozostali wspólnymi siłami wyciągnęli nosze z majorem. Fryderyk i Car zanieśli go do samochodu, dziewczyna pobiegła za nimi.
- Jedźcie! - Dowódca zatrzasnął drzwi za Zuzą. Topór wcisnął gaz i samochód pognał przed siebie.
Janek zabrał pistolet leżącemu Niemcowi i pobiegł z nim w stronę ciężarówki Tańczyńskiego. Tam Robert, cały we krwi, tamował krwawienie z łydki Alicji.
- Niemcy! - Dobiegł ich krzyk Barbary. Rudowłosa biegła w stronę ciężarówki, dźwigając karabin, wyszarpnięty z rąk zabitego pasażera przyczepki motocyklowej. Tańczyński uruchomił silnik i podjechał parę metrów, by biegnąca mogła szybciej wskoczyć. Na końcu zabrali Cara, któremu Janek podał rękę i wciągnął do środka.
Po dwóch zakrętach zgubili pościg. Dopiero teraz Car rozejrzał się po pasażerach, oceniając straty. Alicja leżała, ciężko sapiąc. Jej ręce były niemal białe od kurczowego ściskania brzegu ławki. Nogę zawinęli jej w szalik Roberta. Sam Szymański siedział po drugiej stronie, równie blady co Alicja. Jego ręce były całe we krwi, podobnie jak lewy bok. Wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Obok niego usiadł Janek.
- Stary, co jest?
Robert w odpowiedzi przechylił się na bok, opadając na nogi przyjaciela. W płaszczu miał dziurę, namokniętą ciemną krwią.
- Siwa, pomóż! Postrzelili go w plecy!
Postrzał w plecy okazał się niegroźnym draśnięciem lewego boku.
- Baletnica, Siwa, musicie wysiadać! - Rozległo się z kabiny. Ciężarówka zwolniła, zbliżając się do ustalonego miejsca wysiadki dziewczyn.
- Nikt nie wysiada, jedziemy prosto do ciebie, mamy rannych! - odpowiedział Tańczyńskiemu Car.
Auto przyspieszyło i skręciło w kolejną uliczkę. Kapitan jechał dalej, aż do placu otoczonego znajomymi kamienicami.

***

Siwa i Car wnieśli Alicję po schodach kamienicy Tańczyńskiego. Dziewczyna wciąż była w szoku. Robert wchodził o własnych siłach, opierając się na ramieniu Janka.
Właściciel mieszkania przygotował miski z wodą i czyste ubrania. Ułożyli Alicję na tapczanie kapitana, Robert ciężko opadł na stary fotel. Tańczyński kazał mu wstać i położyć się na łóżku swojej żony. Kobiety nie było w domu, wyszła zrobić zakupy na targu. Robert zaoponował, ale Janek popchnął go w stronę sypialni. Opatrzył przyjaciela, nawet nie trzeba było wyjmować pocisku. Kula rozszarpała skórę i przeleciała dalej.
W domu znalazły się bandaże zarówno dla Szymańskiego, jak i aktorki. Tańczyński poprosił, by wszyscy zostali na obiedzie. W drzwiach stanęła jego żona. Początkowo wystraszona taką ilością gości, przywitała się szybko i zabrała się za przygotowanie jedzenia. Porcje były skromne, ale ciepłe i dość smaczne.
Po obiedzie Siwa, Janek i Tańczyński poszli ukryć broń, która została w ciężarówce. W tym czasie Car pożegnał się z żoną kapitana i wyruszył w odwiedziny do Fryderyka i Filipa, sprawdzić, jak się miewa Kwiecień.

*** 

- Berta, otwieraj! - syknął Fryderyk, dźwigając nosze z Kwietniem. Od drugiej strony podtrzymywał je Topór. Zuzanna wyjęła z kieszeni klucze Filipa, które dostała jeszcze w samochodzie i pobiegła otworzyć. Pod drzwiami czekała już doktor Katarzyna, trzymając torbę w trzęsących się dłoniach.
- A więc aż tak z nim źle... Doktor Drzewicka wspominała coś o tym, ale nie myślałam, że będzie aż tak źle... - mamrotała pod nosem, wchodząc zaraz za noszami.
- Zuzanno, proszę, przynieś wody, chłopcy, prześcieradło!
Lekarka wbiła w rękę Kwietnia igłę strzykawki, napełnionej morfiną. Major przestał cicho jęczeć, co towarzyszyło każdemu lekkiemu dotknięciu jego ciała. Zuzanna pomagała doktor Katarzynie, Fryderyk z Filipem stali nieco z boku. Widząc, że praca kobiety i jej asystentki może potrwać dłużej, wyszli z pokoju, by usiąść przy stole w kuchni.
- Widziałeś może, co się stało Baletnicy? - zagadnął Fryderyk.
- Cały czas siedziałem w aucie - burknął Filip. Oboje mieli zły humor, zwłaszcza że nie wiadomo było, czy uratowany major przeżyje lub ile przeżyje.
- Ten Niemiec, co leżał, strzelił do niej. To chyba nic poważnego, trafił w nogę.
Ciszę, która zapanowała po jego słowach, przerwało dopiero stukanie do drzwi. Młodzi poderwali się na nogi, wyciągając pistolety. Nie zdążyli oddać ich po akcji, więc jeśli za drzwiami czekali Niemcy, mogli z zaskoczenia zastrzelić kilku z nich. Gorzej, jeśli czekało ich tam pięciu, sześciu, czy dziesięciu.
Powoli zbliżyli się do drzwi, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Fryderyk powoli otworzył. Na klatce stała znajoma sylwetka majora Cara.
- Ach, to tylko pan...
- Baliśmy się, że to Niemcy.
- Czyżbyście popełnili jakiś błąd? Gonili was?
- Tylko na początku - uspokoił go Filip. - Nie znajdą nas, nie powinni.
- Co z Kwietniem? Jak się czuje?
- Jeszcze nic nie mówił, zajmuje się nim ta lekarka i Berta.
Car wkroczył do pokoju, w którym leżało zmasakrowane ciało Kwietnia.
- Proszę nam nie przeszkadzać - poprosiła doktor Katarzyna.
- Nie będę, szanowna pani. Jaki jest jego stan?
- Poważny.
- Rozumiem. Kiedy będę mógł z nim porozmawiać?
- Za godzinę, jak Bóg da. Jeśli się obudzi, proszę podać mu to. - Wręczyła majorowi leki.
- Oczywiście. Wobec tego nie przeszkadzam. - Wycofał się do kuchni. Usiadł przy stole z Nicponiem i Toporem. Otworzył usta, by powiedzieć im o rannych uczestnikach akcji. Nie zdążył jednak wydobyć ani słowa, gdyż z korytarza dobiegło ich głośne tupanie i krzyki w języku niemieckim.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział 19 - Odnalezienie

25 listopada

W "Zakątku" było dziś więcej ludzi niż w tygodniu. Wczesne sobotnie popołudnie było ulubioną porą spotkań w restauracyjce. Kelnerki ledwo dawały sobie radę z odbieraniem zamówień. Kierownik "Zakątka" wiedział, jak ciężko pracują, dlatego w soboty pozwalał im skończyć wcześniej, a sam wychodził na salę, by podejmować gości.
W zatłoczonej restauracji znalazło się trochę miejsca dla Roberta. Mężczyzna podjął już decyzję. Planował nawiązać bliższy kontakt z Andreą, starając się ze wszystkich sił ignorować wewnętrzne obawy. Bał się, że kiedy ona dowie się o jego zamiarach, nie uwierzy, że młody Polak coś do niej czuje. Co dokładnie, sam nie wiedział. Niemka nie była piękna, nie miała też kobiecych kształtów. Jednak sposób, w jaki patrzyła na niego spod przydługiej grzywki, sprawiał, że Robert nie mógł oderwać od niej oczu. Imponowała mu też znajomością języka polskiego, który wcale nie był prosty w nauce. I, co najważniejsze, nigdy nie traktowała polskich gości z wyższością. Przeciwnie, była uosobieniem skromności i delikatności. 
Od tych rozmyślań Robert nie zauważył, kiedy Andrea podeszła do jego stolika. Wyglądała na porządnie zmęczoną. 
- Cześć. Wyglądasz, jakbyś bardzo potrzebowała odpoczynku. Możesz wziąć przerwę? - Mrugnął do niej porozumiewawczo. Zarumieniła się, co było do przewidzenia.
- Cześć. Kończę pracę za dziesięć minut, więc jakoś wytrzymam. 
- To wcześnie. Masz jakieś plany?
Andrea zawahała się. Najchętniej położyłaby się na kanapie i poczytała jakąś książkę. Z drugiej strony perspektywa spędzenia czasu z przystojnym Polakiem była równie atrakcyjna. 
- Chciałabym trochę odpocząć od pracy.
- Kiedy potrzebuję odpoczynku, zazwyczaj idę do kawiarni. - Uśmiechnął się. Andrea zachichotała, co według niego wyglądało uroczo. - Albo do parku.
- Chcesz coś do picia? A może jakieś ciasto?
- Poproszę dwa serniki. I herbatę dla dwojga.
Dziesięć minut później siedzieli przy jednym stoliku, rozmawiając po polsku i niemiecku oraz żartując z wymowy Roberta. Andrea, już bez fartuszka, poprawiała co trzecie słowo, ale Polak nie zrażał się i próbował dalej. 
- Pojedziemy do parku? - zaproponował w pewnym momencie.
- Możemy.
- Doskonale. Pozwól jedynie, że dokończę swój kawałek.
- A mój?
- Twój też mogę.
Andrea roześmiała się delikatnie. Zjadła i poszła na zaplecze po płaszcz. Robert już na nią czekał, przepuszczając w drzwiach. Wyszli na chłodne, listopadowe powietrze. Dwadzieścia minut później spacerowali alejkami parku. Szymański zauważył delikatne drżenie ramion Andrei. 
- Zimno ci?
- Troszeczkę. - Nie chciała się przyznawać, ale nie sposób było to ukryć. Z nieba, zakrytego ciemnymi chmurami, spadły pierwsze kropelki deszczu.
- Musimy się gdzieś schronić. Chcesz przyjść do mnie? Mieszkam blisko. 
- Dziękuję, ale chyba nie powinnam. Pójdę już.
- Daleko masz?
- Pół godziny tramwajem i dziesięć na piechotę. 
- Zdążysz zmoknąć. Przeczekamy u mnie, obiecuję, że nic ci się nie stanie. - Mrugnął porozumiewawczo. - A potem cię odprowadzę. W porządku?
Andrea zaszurała butami. 
- No dobrze.
- Wspaniale. Musimy się ruszać, inaczej też zmokniemy.
Ostatnie metry przebiegli, uciekając przed jesienną ulewą. Zanim rozpadało się na dobre, wpadli do mieszkania Roberta. Janek szczęśliwie pracował dziś do późna w warsztacie, odrabiając poniedziałek. Miał wrócić dopiero przed zmrokiem.
Robert pomógł Andrei zdjąć płaszcz i rozwiesił go obok swojego, tak, by mogły spokojnie wyschnąć. 
- Napijesz się czegoś na rozgrzanie?
- Dziękuję, ale dopiero piliśmy. - Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Usiadła na niewielkiej kanapie.
- Zaraz dam ci jakiś koc. - Gospodarz domu grzebał w szafie. - Proszę.
- Dziękuję. - Owinęła się grubym brązowym materiałem. 
- Znajdzie się tam trochę miejsca dla mnie? - zapytał młody mężczyzna.
- Oczywiście, zapraszam. - Odsunęła się na bok, zupełnie niepotrzebnie. Nie zajmowała zbyt wiele miejsca. Robert wgramolił się obok, zabierając jej połowę koca. 
- Ej! - zaśmiała się.
- Jestem większy, potrzebuję więcej. Możesz się mnie przytulić - zaproponował.
- Pff - prychnęła, ale skorzystała z okazji. Schowała się pod jego ramieniem. Przytulił ją delikatnie, dłonią gładząc jej włosy. 
- Robert?
- Tak?
- Jak wam się żyje? Polakom?
- Bywało lepiej, ale nie przejmuj się. Dajemy radę.
- Strasznie mi wstyd za moich rodaków. A przecież nie wszyscy tacy jesteśmy.
- Ćś, wiem. 
- Barbara, ta, która przyszła z tobą wtedy do restauracji, chcieli ją zastrzelić. Nie wiem czemu, ale gonili ją. Wyskoczyła przez okno, potem okazało się, że wyjechała do Warszawy. A mnie zabili dziadka. - Nie wiedziała, czy powinna o tym wszystkim mówić, ale czuła potrzebę wygadania się komuś. 
- Niemcy? - zdziwił się.
- Tak. Wpadli do nas, goniąc Barbarę. Przewrócili ojca, uderzyli mnie, a dziadka zastrzelili przed domem, bo nie mógł chodzić. Bo niemiecki naród musi być idealny.
- Nie myśl już o tym i nie płacz, wystarczy nam ten deszcz za oknem.
- Nie płaczę. Rzadko płaczę, rzadko z kimś rozmawiam od mojego przyjazdu tutaj.
- Musisz czasem z kimś pogadać. Jakieś plotki czy coś. - Udało mu się ją rozbawić. - Spotkałaś się już z Barbarą?
Andrea pokręciła przecząco głową.
- Nie miała czasu. 
- Już ja z nią porozmawiam. 
Zaśmiali się oboje. Deszcz powoli odpuszczał.
- Zaraz pójdę, zanim znowu się rozpada. - To mówiąc, Andrea wcale nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła w ciemne oczy Roberta. Ten zrozumiał, że ma ostatnią szansę. Pocałował ją w usta, nie zaprotestowała. Odsunęli się po chwili, Andrea zakłopotana, Robert szczęśliwy, że dziewczyna mu nie odmówiła. 
- Muszę już iść. - Wstała ze zdecydowaniem.
- Odprowadzę cię. - Głos Roberta nie znosił sprzeciwu. 
- Skoro aż tak ci się nudzi, proszę bardzo.

***

Już przy wejściu na teren warszawskiej stadniny ludzie, przeważnie Niemcy, oglądali się za Weroniką. Widok młodej kobiety, ubranej w strój do jazdy konnej, był miłą odmianą w tym całym męskim towarzystwie. Dwóch stajennych przerwało na chwilę pracę, wymieniając dwa zdania po niemiecku. Na koniec roześmiali się głośno. Weronika zignorowała mężczyzn. Minęła pierwszy plac treningowy, na którym jakiś oficer ujeżdżał karego konia. Dziewczyna rzuciła okiem na majestatyczne zwierzę. Wyczyszczone, mimo jesiennego błota, wysoko unosiło smukłe kończyny. Wercia była ciekawa, czy pochodziło z polskiej hodowli. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, żeby Niemcy przywozili tutaj dużo koni, skoro mogą zarekwirować tutejsze.
Weszła do, jak się jej zdawało, siedziby dyrektora. Nigdy nie odwiedzała jeszcze tego miejsca. W pomieszczeniu zastała pierwszą, jak do tej pory, kobietę. Po krótkiej rozmowie Niemka kazała zaczekać Weronice i weszła do pokoju zarządcy. Wercia dziękowała w duchu ojcu, który kazał jej się nauczyć co najmniej jednego języka obcego, oczywiście oprócz angielskiego, którym posługiwała się w Stanach. 
Została poproszona do środka. Przywitał ją starszy oficer. Mimo wieku nie trudno było zauważyć, że dbał o siebie. W palcach obracał skórzany bat i wyglądał, jakby właśnie wybierał się na przejażdżkę. 
- Słucham pani?
- Dzień dobry, szukam pracy - wypaliła od razu, czerwieniąc się odrobinę. - Od dziecka zajmowałam się końmi...
- Na wsi? ...- przerwał jej z drwiącym uśmieszkiem.
- Na sopockim hipodromie. Należałam do klubu jeździeckiego i  brałam udział w młodzieżowych zawodach jeździeckich dla panien. Umiem dbać o konie i wiem, jak się nimi zajmować. 
- Chcesz przerzucać siano? A może od razu zostać trenerem? - Niemiec dobrze się bawił. 
- Mogę czyścić konie i rozprężać przed jazdą. 
- A co ty dziecko potrafisz? Nie poradzisz sobie z naszymi ogierami. - Wyszedł na zewnątrz, Weronika podążyła za nim. 
- Zaraz zobaczysz, że to męska sprawa. - Oficer stanął na skraju placu. Niższy rangą żołnierz podprowadził mu pod nos siwą klacz, rozglądającą się niespokojnie z nadstawionymi uszami. 
- Gruppenfuhrer von Bulow sprowadził sobie dwie klacze z Sopotu. Może je kojarzysz? - znów uśmiechnął się pogardliwie. Weronika wstrzymała oddech. Znała tego konia. - Nie przeczę, są to piękne okazy. Jednakowoż słyszałem, że z tą tutaj trzeba zrobić porządek. - Przejął wodze od stajennego. - Nikt nie chce na nią wsiadać. Zaraz zobaczymy, jaki jest problem.
Weronika wiedziała, jaki jest problem, wiedziała, co zaraz nastąpi. I wcale nie było jej szkoda pięknej klaczy, tylko wspinającego się na nią oficera. To była Milka, postrach wszystkich amazonek i jeźdźców, wredna, uparta jak osioł. Jej pierwszy własny wierzchowiec. Wercia sama niejednokrotnie lądowała na ziemi, ale nie zrażała się i zawsze wsiadała na nią z powrotem. Opracowała strategię jazdy, z Milką nie należało się kłócić, szarpać ani rozkazywać, siwa nie tolerowała też bata. Wystarczyło wskazać jej kierunek, a ona szła spokojnie. 
Natomiast Niemiec chciał pokazać zwierzęciu, kto tu rządzi. Gdy tylko usiadł w siodle, pociągnął za wodze, by zatrzymać napierającą do przodu siwkę. Błąd, Milka nigdy nie chciała stać spokojnie. Żołnierz chciał pomóc dowódcy, lecz ten tylko machnął ręką. Weronika założyła ręce na piersiach, powstrzymując się od złośliwości. 
Klacz przestępowała z nogi na nogę, unosząc głowę wysoko. Niemiec w końcu odpuścił, był dobrym jeźdźcem, zrozumiał, że musi dać koniowi chwilę na uspokojenie. Ruszył wokół ogrodzenia. Po kilku minutach znów spróbował mocniej chwycić wodze. Napotkał natychmiastowy opór ze strony siwej. Siłowali się przez chwilę, w końcu oficer uderzył go batem. Normalny koń ruszyłby do przodu, ale nie Milka. Klacz podskoczyła do góry, odmawiając ruchu naprzód. Niemiec uderzył ją drugi raz, na co wierzgnęła i skręciła. Mężczyzna spadł z jej grzbietu, nie spodziewając się tak gwałtownej reakcji zwierzęcia. Milka potruchtała do stajni, próbując ominąć Weronikę i żołnierza. We dwójkę udało im się złapać niesforną klacz.
- Cholerny zwierzak - zaklął starszy Niemiec, otrzepując mundur z piachu. - Takie konie chcesz rozprężać?
- Myślę, że dałabym radę.
 Oficer prychnął pogardliwie.
- Chciałbym zobaczyć, jak poradzisz sobie z tym. - Wskazał batem Milkę. Weronika bez słowa wzięła wodze od stajennego i poprowadziła klacz na plac. Pogładziła ją po szyi, czekając, aż się uspokoi. Wsiadła, pozwalając koniowi ruszyć. 
- A bat? - Niemiec uniósł brwi.
- Dziękuję, nie potrzeba. - Już jeździła wokół placu, zataczając mniejsze i większe kółka. Klacz sapała ze zdenerwowania i niespokojnie przebierała nogami do przodu. Weronika wiedziała, że szybko się nie uspokoi.
- W ten sposób każdy głupi może jeździć - prychnął oficer, wykrzywiając twarz w jeszcze bardziej pogardliwym grymasie. Dziewczyna zacisnęła usta ze złości, popędziła konia do kłusa i zaczęła się z nim szarpać. Milka nie chciała ustąpić, wyrywając wodze. Zaczęła podskakiwać, a gdy Weronika poczuła, że wypada z siodła, koń stanął dęba. 
Polka się nie poddawała. Nie puściła konia, spadła mu prosto pod nogi. Podniosła się, starła z policzka łzę złości, wzięła dwa duże wdechy i ponownie wsiadła. Kręciła kółeczka tak długo, aż klacz się zmęczyła i uspokoiła. 
Nie wiedziała, ile czasu już jeździ, liczyło się to, że Niemiec dał jej szansę.
- Proszę, proszę - powiedział głośno zarządca stadniny, gdy zdyszana Weronika podjechała bliżej i zsiadła z konia. - Może jednak się zastanowimy nad tą twoją posadą. Witt! Odprowadź siwą i pokaż pani stajnię. Od jutra będzie przygotowywać do jazdy konie z drugiego budynku.
- Tak jest! Proszę za mną - powiedział Witt do Weroniki. 
Gdy stajenny był zajęty zdejmowaniem siodła, Wercia podeszła do gniadosza w boksie obok Milki.
- Hej piękna.
Na te słowa koń podniósł łeb, stając bez ruchu i wpatrując się w dziewczynę ogromnymi oczami. Kasjopeja rozpoznała swoją właścicielkę, a teraz czekała na marchewkę, którą dostawała na powitanie, kiedy jeszcze mieszkała w Gdańsku. Wyglądała na zadbaną, na pewno wszyscy polubili ją za jej miłe usposobienie i pilnowali, by miała się dobrze. 
- To drugi z koni Gruppenfuhrera - poinformował Wercię Witt. - W przeciwieństwie do tego siwego dzikusa, naprawdę dobry.
Polka nie mogła się nie uśmiechnąć. Kasjopeja zawsze była tym najprzyjemniejszym koniem do jazdy. Wetknęła palce między kraty i dotknęła chrap zwierzęcia. 
- Miałem pokazać stajnię z resztą koni, którymi masz się zajmować.
- Oczywiście, już idę. - Weronika podążyła za młodym Niemcem, oglądając się za niegdyś swoimi końmi.

środa, 28 czerwca 2017

Rozdział 18 - Pomocy!

Drzwi od celi zamknęły się za Kwietniem. Heniek, jego współwięzień, przed chwilą prężący się na baczność, przyklęknął przy leżącym na ziemi człowieku, a raczej tym, co z niego zostało. Czerwone łachmany, niegdyś szara koszula, odkrywały poranione plecy. Kawałki materiału przykleiły się do skóry. 
- Powinni zabrać cię do lekarza - cmoknął z rezygnacją. Miał jedynie podbite oko i rozciętą wargę, a jego przesłuchania skończyły się na jednym. Był przypadkowo przyłapanym człowiekiem. Siedział tu już od dawna i pogodził się z myślą, że może nigdy już stąd nie wyjść.
- Pomóc ci wstać? - Nie czekając na odpowiedź, która i tak nie nadeszła, pociągnął leżącego za ramiona. Po chwili major spoczywał na prowizorycznym łóżku, również na brzuchu. Każdy ruch powodował u niego ból. Nie mając sił na otwarcie oczu, zaczął wspominać. Wspominał czasy, kiedy jeszcze był nauczycielem historii w jednym z najlepszych warszawskich liceów. Pamiętał najlepszych uczniów, niektórzy trafili do jego oddziału. Właśnie, ciekawe, co teraz robili Robert i Janek. Czy pamiętają? Zapewne, tylko co dalej. Pomogą czy nic nie zdziałają? 
Kwiecień otworzył oczy i spojrzał na towarzysza niedoli.
- Robert? - wydukał niewyraźnie.
- Heniek, mówiłem przecież. - Mężczyzna siedział oparty o ścianę i wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie.
- Janek...?
Zniecierpliwiony Heniek odwrócił głowę w stronę Kwietnia.
- O w mordę jeża... - Zerwał się i doskoczył do nieprzytomnego majora. - Kolego? Kolego! Straż! Straż, lekarza!
Do celi wparował strażnik.
- Czego się drzesz?
- Trzeba mu lekarza!
- Zaraz. - Po kilkudziesięciu minutach wprowadzono wystraszoną lekarkę z wypchanym neseserem. 
- Zastrzyk mu pani zrobi.
- Ale jego trzeba przewieźć do szpitala! - wydusiła kobieta po jednym spojrzeniu na więźnia.
- Powiedziałem coś. Masz dwie minuty!
Doktor w pośpiechu wyjęła strzykawkę i zrobiła zastrzyk, podała też leki przeciwbólowe. Chciała szepnąć coś do ucha pacjentowi, lecz w tym momencie strażnik otworzył drzwi. 
- Przeżyje?
- T-tak, musi leżeć kilka dni. 
- Świetnie - burknął funkcjonariusz służby więziennej. - Koniec czasu!
Józef Maj odczuwał stopniową ulgę po zastrzyku. Nadal nie mógł się poruszać, ale leki uśmierzające wszechobecny ból pozwoliły mu szybko uciec w sen przed okrutnym światem.

***

24 listopada

- Dostaliśmy od dowództwa pozwolenie, a nawet nakaz odbicia majora Kwietnia - oznajmił major Car niemal uroczystym tonem. Barbara prychnęła cicho.
- Teraz to nakaz, co? - mruknęła do Roberta. Ten przyłożył tylko palec do ust, każąc jej siedzieć cicho.
- Wszystko w porządku, Siwa? - Car natychmiast zwrócił jej uwagę. 
- Tak jest! - krzyknęła. 
- Świetnie. Odbicie nastąpi w poniedziałek, czyli za trzy dni. Kwiecień przewieziony zostanie tą trasą, co ostatecznie potwierdzi telefon od naszego człowieka. - Wskazał na mapę, rozłożoną na stole. - W tym miejscu będziemy czekać. - Przycisnął palec na środku jednej z uliczek. Konspiratorzy otoczyli stół ciasnym wieńcem. - W pobliżu mieszkają Nicpoń i Topór, w razie czego będzie można do nich przetransportować rannych. Topór tradycyjnie weźmie auto, dostaniesz parę granatów. Użyjesz ich w ostateczności, w razie, gdyby ruszył za wami pościg. Po akcji wróci z tobą Nicpoń i Berta. Resztę zabierze kapitan Tańczyński ciężarówką. Teraz po kolei. Berta, po raz kolejny zostaniesz naszą obserwatorką, staniesz tutaj. Tym razem musimy jedynie zmienić sygnał. Kiedy zobaczysz nadjeżdżający transport, zdejmiesz torebkę z ramienia i zaczniesz w niej grzebać. Na kolejnym zakręcie stanie Baletnica. - Alicja uniosła głowę, słuchając uważnie. Pierwszy raz miała wziąć udział w akcji. Car spojrzał jej w oczy, upewniając się, że słucha uważnie. - Kiedy zobaczysz sygnał od Berty, wyjmiesz szminkę i pomalujesz usta. Ja będę stał przy słupie z ogłoszeniami. Na sygnał Baletnicy schowam się w ulicy obok, tak, że reszta będzie mogła mnie zauważyć. To będzie oznaczało początek akcji. Nicpoń i Janek, wiem, że dobrze strzelacie, dostaniecie po karabinie. Staniecie po dwóch stronach  ulicy, broń przywiezie kapitan Tańczyński ciężarówką. Ukryjecie ją pod płaszczami zaraz przed akcją. Janek zdejmie kierowcę motocykla, jadącego z przodu, Nicpoń kierowcę ciężarówki, w której przewożony będzie major Kwiecień. Siwa, weźmiesz butelki z benzyną, jedną rzucisz pod koła motocyklu, a drugą do kabiny ciężarówki. To powinno ostatecznie unieruchomić obydwa pojazdy. Szymański będzie zabezpieczać tyły. Niestety, nie mamy więcej karabinów, dlatego weźmiesz tylko pistolet. Gdyby któryś z Niemców próbował uciec, masz go unieruchomić. 
Teraz Kwiecień: ja z Bertą i Baletnicą pobiegniemy uwolnić Kwietnia i, w razie potrzeby, pomóc mu dojść do samochodu. Berta zostaje w aucie, dołącza do was Nicpoń i odjeżdżacie do waszego mieszkania. Reszta ładuje się na ciężarówkę i odjeżdża w przeciwnym kierunku. Po drodze wyrzucimy Siwą i Baletnicę, dalej Janka i Szymańskiego, macie nie wychodzić z mieszkań przez resztę dnia. Ja z kapitanem odwieziemy broń, a później przyjedziemy do majora Kwietnia. To wszystko, możecie się rozejść. 
Jak zwykle, na koniec została Barbara z Robertem.
- Dlaczego ta cała akcja z tym pokazem mody była taka ważna?! - Siwa stanęła twarzą w twarz z Tańczyńskim. - Najpierw mówiliście, że może uda nam się zdobyć pozwolenie, a teraz, że wręcz trzeba go odbić.
- Siwa, spokojnie. - Jak zwykle opanowany, Robert oparł dłoń na jej ramieniu. Ta spojrzała na niego z wyrzutem.
- I ty przeciwko mnie?!
- Odbijemy go, udało się załatwić pozwolenie, czy to nie jest najważniejsze?
- Ale dlaczego dopiero teraz? Ty wiesz dlaczego, powiedz mi!
- Nie wszystko jest przeznaczone dla twoich uszu - wtrącił Car.
- Panie majorze, Siwa brała udział w akcji sabotażowej i narażała się tak samo, jak my wszyscy. Chyba powinna móc wiedzieć. 
Tańczyński już chciał mu odparować, lecz Car mu przeszkodził.
- Chyba nasz porucznik ma rację. Siwa, podczas pokazu mody Szymański wykradł jednemu z oficerów notes, w którym zapisuje między innymi nazwiska swoich polskich współpracowników. Dzięki temu poznamy wszystkich konfidentów i partnerów w interesach. To była bardzo ważna i do tego tajna misja. Czy tyle informacji ci wystarczy? - zapytał uprzejmie.
- Dziękuję - powiedziała cicho rudowłosa. Nadal denerwowała ją cała ta sytuacja, ale teraz zaczynała rozumieć motywy starszych oficerów. Westchnęła, pożegnała się i wyszła do domu.

***

W mieszkaniu, oprócz Filipa, Fryderyk zastał Weronikę. Siedziała na kanapie, z nogami przewieszonymi przez oparcie. Nie zdjęła ani czarnych pantofli na obcasie, ani ozdobnego kapelusika. Wyglądała, jakby dopiero co przyszła.
- Witaj, Filipie! - Dobry humor nie opuszczał go po udanej akcji. - O, Wercia!
- Stary, dobrze, że jesteś. Przyszła przed chwilą, nie chce o niczym rozmawiać. Powiedziała jedynie, że poczeka na ciebie. 
- W porządku, już jestem.
 Fred podszedł bliżej, zezując na nogi Werci. Dziewczyna wydawała mu się w tym momencie niezwykle atrakcyjna. Wzdrygnął się i głośno wciągnął powietrze, gdy spojrzała na niego spod wycieniowanych powiek i rozchyliła lekko wargi. 
- Straciłam przez was pracę, wiesz?
- Jak przez nas? Nie miałem pojęcia, że tam będziesz.
Przeczuwając, co się święci, Filip zamknął się w swoim pokoju. Nie chciał być świadkiem kłótni najlepszego przyjaciela z dziewczyną.
- Byłam tam dziś rano, dowiedzieć się, co dalej - kontynuowała Weronika. - Dyrektor wkurzony, zwalnia wszystkich, jak leci. Bałam się spytać, co z moją wypłatą. Zapytałam jego asystentkę, ta kobieta musi mieć nerwy ze stali. Zagadała do dyrektora, nieco się uspokoił i zaprosił mnie do swojego gabinetu. Wydał mi zapłatę za marne dwa tygodnie. Ale to nie wszystko. - Jednym ruchem zdjęła nogi z oparcia sofy i opuściła na podłogę, siadając wyprostowana. - Zapytał, czy nie chcę małego dodatku do pensji.
- Dodatku? - zdziwił się.
- Zaproponował mi spotkanie w jego gabinecie po godzinach. Chciał, bym włożyła tę sukienkę z pokazu, oddał mi ją na własność.
- Proponował ci...
- Już przed pokazem się do mnie dobierał. Podziękowałam mu stanowczo i postanowiłam więcej się tam nie pokazywać.
- Zatłukę gnoja...
- Fred, masz ważniejsze rzeczy na głowie. Zostaw tego wieprza, ma wystarczająco dużo kłopotów. Za to nadal nie rozumiem, dlaczego mnie nie ostrzegłeś przed tym, co stało się wczoraj. Wiedziałeś o tej akcji. Mogłeś mnie zapytać, gdzie pracuję, wiedziałeś, że zostałam modelką. 
- Kochanie...
- Słucham.
Słysząc oschły głos, Fryderyk zrobił zbolałą minę, lecz jego głos zdradzał, że zdenerwowały go zarzuty Weroniki. 
- Nie mieliśmy nikogo zabijać. Mieliśmy dać nauczkę sympatykom Niemców. - Tłumaczył zniecierpliwionym głosem, jakby męczyło go tłumaczenie oczywistych rzeczy.
- Ale Niemcy mogli zacząć strzelać, przyjechało wojsko. 
- Udało ci się uciec, jesteś bystra. Jeszcze zabrałaś te dwa pistolety. Masz szczęście, że cię z nimi nie zatrzymali. Koledzy byli niezadowoleni, że zabrałaś tę broń. Potrzebujemy jej, a wciąż nie ma wystarczająco dla wszystkich.
- Ja też muszę się czymś bronić.
- Oddaj nam chociaż jeden.
- A załatwicie mi bezpieczną pracę?
- Nie jesteś w organizacji, nie mogę ci tego obiecać.
- Cóż, w takim razie nie mamy o czym mówić. - Wstała z kanapy i sięgnęła po płaszcz. 
- Och Wercia...
- Przykro mi, ale muszę iść poszukać nowej pracy. - Sztywno pocałowała go w policzek.
- Kochanie?
- Tak?
- A zobaczymy się na jutrzejszym obiedzie?
- Jak uda mi się coś na niego kupić. - To mówiąc, wyszła.

środa, 14 czerwca 2017

Rozdział 17 - Akcja

20 listopada

Na pokaz zaczęły zjeżdżać się czarne limuzyny. Wysiadały z nich modne panie w towarzystwie oficerów Wehrmachtu. Czerwonym dywanem goście przechodzili pod drzwi, leniwie obserwowani przez znudzonego Cara. Mężczyzna stał obok Janka, udającego, że naprawia uszkodzone koło w swojej rikszy.
Po drugiej stronie ulicy Barbara z Fryderykiem dyskutowali ściszonymi głosami. Osoba stojąca z boku mogłaby pomyśleć, że, zainteresowani zbiegowiskiem, podziwiają błyszczące auta i eleganckich pasażerów.
Na zakręcie pojawiła się sylwetka Zuzanny. Dziewczyna stanęła z boku tak, by nie przeszkadzać innym przechodniom. Duża kokardka zawiązana na włosach dodawała jej wdzięku i lekkości. Nikt nie zwracał na nią większej uwagi.
Dwie ulice dalej, na podwórzu przed kamienicą Tańczyńskiego, stała ciężarówka. Wyjechał zza niej czarny, wypolerowany samochód, prowadzony przez Filipa. Z tyłu siedział Robert, ubrany w najlepszy frak swojego ojca. Strój pomogła skompletować mu Alicja. Aktorka doskonale znała się zarówno na damskiej, jak i męskiej modzie. Błyszczące czarne włosy zaczesał do tyłu.
Pod budynkiem musieli zaczekać kilka minut, do wejścia ustawiła się już spora kolejka. W końcu Robert wysiadł na czerwony dywan, Filip zawrócił w bocznej uliczce i naokoło wrócił pod mieszkanie Tańczyńskiego. Kapitan już czekał z tyłu ciężarówki, jego karabin spoczywał na skrzyni, na prawo od mężczyzny. Nie mogli zaniechać ubezpieczenia w postaci broni palnej, chociaż wszyscy mieli nadzieję, że nie będzie potrzebna. Tym razem nie mieli nikogo zabijać, tylko dać nauczkę sympatykom Niemców.
Korytarz oświetlały kryształowe kandelabry. Już przy wejściu Szymański został poczęstowany kieliszkiem szampana. Nie chcąc budzić podejrzeń, zagadnął do jednej z pięknie ubranych kobiet. Brunetka z chęcią odpowiedziała przystojnemu mężczyźnie. Zanim rozmowa rozkręciła się na dobre, właściciel domu mody zaczął zapraszać wszystkich gości dalej, do ciemniejszego pomieszczenia. Tam wyszedł na podwyższenie, przedstawił się i punktualnie rozpoczął wydarzenie, nie chcąc narażać się porządnym Niemcom. Na widok pierwszej modelki tłum ożywił się momentalnie. Schowana w kącie orkiestra rozpoczęła cichy koncert, przygrywając zebranym.
Za kulisami Weronika wycierała spocone dłonie o spódnicę.
- Nie denerwuj się tak, wszystko pójdzie świetnie. - Marysia klepnęła ją w ramię. - Muszę iść, zaraz wychodzę. Trzymaj się i pamiętaj, aby się nie wywrócić! - W rzeczywistości na pierwszej próbie Weronika z wrażenia potknęła się na obcasach. Tym razem nie zamierzała zrobić z siebie pośmiewiska. Spojrzała w lustro, by upewnić się, że układane od kilku godzin loki nadal tkwią na swoim miejscu. Posłała swemu odbiciu pogardliwe spojrzenie.
- Będę patrzeć na was z góry - mruknęła, lekko rozchylając wargi. - Zrobiliście ze mnie widowisko, zrobicie ze mnie dobry interes. Ubraliście mnie, umalowaliście, stawałam przed wami w samej bieliźnie. Lecz teraz to ja będę patrzeć z góry na was, małych, nic nieznaczących. Gardzę wami. - Zacisnęła pięści, nagle nienawidząc ludzi. Szybko się zreflektowała, uświadamiając sobie, że tak naprawdę nienawidzi tej wojny.
Nawet nie zauważyła, kiedy za nią zmaterializowała się zaokrąglona sylwetka Tymianka. Jego twarz, odbijająca się w lustrze, była jeszcze bardziej czerwona w tym świetle. Krótka, ruda broda odrażała Weronikę, odsunęła się od swojego szefa.
- Pięknie wyglądasz. Będziesz dzisiaj gwiazdą. Dobrze, że się nie denerwujesz. - Błędnie odczytywał opanowanie początkującej modelki. - Trzeba się rozluźnić, jeśli chcesz wyglądać naturalnie.
Położył opuchnięte ręce na jej ramionach. Wzdrygnęła się, próbując zrzucić z siebie śliskie palce.
- Nie lubisz masażu? - zapytał zdziwiony.
- Nie lubię. - Krótko odpowiedziała.
- W takim razie już nie będę. - Pogładził ją po odkrytym ramieniu. Drugą ręką dotknął jej upudrowanego policzka. Tego było dla dziewczyny za wiele.
- Proszę mnie nie dotykać - wycedziła przez zęby, nadal z opanowaniem. - Rozmaże mi pan dyrektor makijaż.
- Masz rację, dziecko. Idź już, zaraz wychodzisz. Mam nadzieję, że po wszystkim będę Ci mógł pogratulować. - Musnął wierzchem dłoni jej pośladki. Weronika szybko udała się pod wyjście, cicho rozważając zmianę pracy. Nie mogła sobie pozwolić na takie traktowanie, będąc dumną niczym szlachcianka.
Tymczasem Robert przesunął się pod samą ścianę, blisko wyjścia, z którego wyłaniały się modelki. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Rozpiął marynarkę, opinającą jego podwójny brzuch. W zamieszaniu towarzyszącym pojawieniu się kolejnej dziewczyny w długich spodniach odczepił pakunek i upuścił na ziemię. Głuchy stuk zagłuszyła muzyka. Nagle spojrzał na niego jakiś wysoko postawiony Niemiec. Szymański wytrzymał spojrzenie, odczekując, aż ten przeniesie swój wyniosły wzrok na kogoś innego. W końcu schylił się, udając, że zawiązuje buta. Wyjął zapalniczkę, podpalił benzynę i wsunął paczkę pod jedną z zasłon, zakrywających ściany. Powoli przemieszczał się bliżej środka i wyjścia. Wypatrywał przy tym kogoś dyskretnie. W końcu zauważył go, starszego Gruppenfuhrera w towarzystwie pulchnej Niemki. W tym momencie ktoś zauważył dym. Panika wybuchła momentalnie. Po dumnych, dzielnych oficerach Wehrmachtu nie został ślad. Kobiety z wrzaskiem rzuciły się do wyjścia, zaraz za nimi towarzyszący im mężczyźni. Robert szturchnął wysoko postawionego Niemca, podczas gdy ten odwrócił głowę, by spojrzeć na pierwsze płomienie. Zza kulis wybiegły modelki, częściowo podczas ubierania. Pozarzucały sobie na ramiona płaszcze i zmieszały się z tłumem. Tymianek zrobił się całkowicie czerwony, przy nim pojawiła się asystentka.
- Czego tak stoisz, przynieś wody, Halina! - Krzyczał wściekły. - Jazda! A wy nie uciekać, tylko wodę nosić! - Próbował chwycić jedną z dziewcząt. Ta wymknęła mu się, przy okazji uderzając go łokciem w twarz. Weronika nie widziała więcej, skupiła się na uniknięciu stratowania przez napierającą falę ostatnich gości. Z przodu napłynęła kolejna fala wrzasków, tym razem spowodowana deszczem szklanych odłamków. Siwa i Nicpoń wybijali szyby na wszystkich wystawach. Kiedy skończyli, musieli obronić się przed parą rosłych oficerów, zapewne ochroniarzy, próbujących obezwładnić dwójkę konspiratorów. Barbara raniła jednego nożem, Fryderyk uniknął kilku ciosów. W tym ścisku nikt nie myślał o strzelaniu, nie chcąc zranić przypadkowych ludzi. Na pomoc kolegom przyszedł Robert, ściskając w ręku pistolet zabrany jednemu z uciekających oficerów. Uderzył nim po głowie napastnika, duszącego Fryderyka muskularnymi ramionami.
- Dzięki, stary - wystękał Fred. Doskoczył do Barbary, by pomóc jej z przeciwnikiem.
- Zabierzcie broń, tyle ile się uda! - krzyknął do nich Robert. Zanim zrobił krok w kierunku kolejnego Niemca, z impetem wpadła na niego jedna z modelek. Po zderzeniu wypadły jej spod sukni dwa niemieckie pistolety. Szymański schylił się, by je podnieść, lecz ona była szybsza.
- Oddaj mi to! - Chwycił ją za nadgarstek, zanim zdążyła uciec.
- Co jest? - krzyknął Nicpoń. - Szym, musimy iść!... - Ujrzał twarz Weroniki. W pierwszej chwili nie rozpoznał ukochanej. Za to ona posłała mu pełne wyrzutów spojrzenie. Twarz Fryderyka zbielała, chłopak rozpoznał ten wzrok. - Puść ją, proszę.
- Zabierz jej pistolety, ma pod sukienką.
- Powiedziałem, zostaw ją! - wrzasnął mu w twarz. Nie mógł rozkazywać Szymańskiemu, ale ton jego głosu przekonał oficera. - Do wozu!
Na zakręcie Zuzanna wycierała nos w chusteczkę. Ludzie rozbiegli się na boki, robiąc miejsce ciężarówce Filipa. Car zagwizdał głośno, wskoczył na rikszę Janka. Dobiegła do nich Zuza, siadając obok dowódcy.
- Jedź! - wrzasnął, widząc, że wszyscy wskoczyli już do ciężarówki. Zza zakrętu wyłoniły się pierwsze pojazdy Wehrmachtu. Tańczyński przygotował swój karabin do strzału, wystawiając lufę za plandekę ciężarówki. Na ich szczęście żołnierze zatrzymali się przy wejściu, chwilowo nie patrząc na ich pojazd. Filip wcisnął pedał gazu i odjechali, skręcając na pierwszym skrzyżowaniu.
Po kilku minutach dojechali pod kamienicę Tańczyńskiego. Zostawiając Zuzannę na czatach, przenieśli broń do schowka w piwnicy. Po skończonej robocie najstarsi stopniem zwołali młodych konspiratorów do mieszkania. Gdy Tańczyński zaryglował za sobą drzwi, Robert naskoczył na Fryderyka.
- Co to do cholery było, Nicpoń? Dlaczego dałeś odejść tej panience? Zabrała dwa gnaty! Jeszcze ją z tym Niemcy złapią...
- Da sobie radę.
- Co?
- To moja dziewczyna.
- O co chodzi, poruczniku? - Do rozmowy dołączył Tańczyński.
- O nic, panie kapitanie. Wszystko w porządku.
- No, ja myślę. - Przesunął się bliżej Cara.
- Wiedziałeś, że tam będzie? - Szepnął Szymański, gdy kapitan nie mógł już ich usłyszeć. - Wyglądała na jedną z tych modelek.
- Wspominała coś, że zaczyna pracę w jakimś domu mody, ale nie wiedziałem, że będzie tutaj, na pokazie!
Zamilkli, czując na sobie zniecierpliwiony wzrok Cara.
- Akcja zakończyła się sukcesem. Dziękuję wam za współpracę. Możecie zacząć wychodzić, nie muszę przypominać, że pojedynczo lub dwójkami.
Stopniowo mieszkanie Tańczyńskiego się opróżniało. Ostatni został Robert z dwójką starszych oficerów.
- Masz? - Car spojrzał na niego wyczekująco. Szymański w milczeniu podał mu notesik zabrany generałowi. - Doskonale. Dowództwo na pewno przyśle wsparcie na odbicie majora Kwietnia. Jest dla nas zbyt ważny, żeby go tak zostawiać. Jutro skontaktuję się z górą, przekażę wszystko Tańczyńskiemu. - Ten kiwnął głową.
- Spotkamy się jutro wieczorem.
- Tak jest.
- Dobrze się spisałeś, Robert.
- Dziękuję, panie kapitanie.

~

Słowo od Autorki
Jest mi niezmiernie przykro, że ostatnio przez długi czas nie pojawił się żaden rozdział. Niestety, koniec roku szkolnego nie jest czasem sprzyjającym do pisania nieszkolnych rzeczy. Mam nadzieję, że akcja w rozdziale chociaż trochę wynagrodziła czekanie.
Życzę wszystkim długich, słonecznych wakacji!
Choineczka