czwartek, 7 września 2017

Rozdział 28 - Płomyczek nadziei

- Gratuluję udanego aresztowania. Ton głosu Waltera Wagnera nie zdradzał żadnych emocji, tym bardziej pozytywnych.
- Co więcej, mamy zdjęcie kolejnego bandyty - pochwalił się von Rheinfelder. - Oberscharführer Birke właśnie stara się ustalić jego tożsamość.
- No dobrze. Komendant wyraża zgodę na aresztowanie gruppenführera von Bülowa.
Wagner wyraźnie nie był przekonany do tego pomysłu. Gdyby zarzuty okazały się prawdziwe, byłaby to duża hańba dla niemieckiej armii. Nie było gwarancji, że kolejni oficerowie zaczną myśleć tylko o sobie i pójdą za przykładem generała.
Von Rheinfelder też nie był dumny z zaistniałej sytuacji, jednak ważniejsza była służba Rzeszy. Nie mógł pozwolić, by haniebny czyn generała pozostał nieujawniony, a przestępca uszedł z kradzionym złotem.
- Dostaniesz posiłki za trzy dni. Czternastego grudnia aresztujecie von Bülowa, zanim wyjedzie do Berlina na Święta.
- Tak jest! - zawołał hauptsturmführer.

***

13 grudnia
Wracając z ostatniego spotkania przed kolejną akcją, Robert myślami był daleko od willi generała von Bülowa, którego mieli obrabować. Krążył pomiędzy Siwą, porwaną przez niemieckich agentów a Andreą, czekającą na niego przed kawiarnią, skąd miał ją zabrać do siebie.
Nawet on, choć pochodził z zamożniejszej rodziny, nie miał tyle pieniędzy, by dwa razy w tygodniu odwiedzać kawiarnię. Randki były coraz skromniejsze, mimo tego oni cieszyli swoim towarzystwem coraz bardziej. Coraz mniej rzeczy odwracało ich uwagę od siebie. Kiedy siedzieli razem na kanapie, owinięci kocem, paradoksalnie nie brakowało im niczego, bo i tak niczego więcej nie mieli.
Co wtedy robili? Rozmawiali, oglądali zdjęcia Roberta, słuchali cichej muzyki z jego płyt. Zbyt mało czasu ze sobą spędzili, by mogli się zwyczajnie nudzić.
Zobaczył ją dużo szybciej, niż się spodziewał. Brnęła zaśnieżonym chodnikiem, przeciskając się między ludźmi.
- Robert! - szepnęła gorączkowo, gdy wreszcie go dopadła. Czekała na to prawie dwa dni. - Musimy porozmawiać!
- Dobrze, chodźmy. - Podał jej swoje ramię. - Lepiej nie rozmawiajmy tutaj, na środku ulicy.
Andrea zacisnęła zaczerwienione od mrozu palce na rękawie mężczyzny. Uratowało ją to przed zderzeniem z twardym chodnikiem, kiedy poślizgnęła się na lodzie.
- Spokojnie, prawie jesteśmy - mruknął do niej Robert. Rzeczywiście, zza zakrętu wyłoniły się okna kamienicy, do której zmierzali.
Nie czekając, aż gospodarz zdejmie płaszcz, Andrea dała upust swoim emocjom.
- Aresztowali Barbarę! Co ona znowu zrobiła? Mój brat widział ją, próbowała uciekać, ale się jej nie udało i ją pobili... - zachłysnęła się.
- Wiem. - Skorzystał z okazji, by coś powiedzieć.
- Wiesz? - zamarła.
- Tak.
- Ale jak?
- Widziałem...
- Ale ty uciekłeś - wyrzuciła z siebie z ulgą, ale też z rozgoryczeniem. Świat był niesprawiedliwy, skoro tylko Robertowi udało się uciec. - Jak?
- Tak. Andrea, proszę cię, usiądź. - Wskazał jej kanapę. Posłusznie usiadła, więc zrobił to samo. - Mówiłaś, że twój brat to widział? Jest żołnierzem, prawda?
- To nie tak, że on was nienawidzi, on wcale nie chciał wstępować do armii. - Była gotowa bronić brata. - Ale dostał wezwanie, nie mógł odmówić. Nie walczy z bronią w ręku, pracuje przy papierach. Zdaje mi się, że został czyimś sekretarzem.
Robert zamyślił się. Nagle ogarnęły go wątpliwości, które zdążyły już go opuścić jakiś czas temu. Nie wiedział, czy brat Niemki nie jest przypadkiem szpiegiem, czy nie chce poprzez Andreę wyciągnąć z niego informacji i dotrzeć do reszty konspiratorów. A może rzeczywiście było tak, jak mówiła Andrea, tego nie był w stanie stwierdzić.
- Gdzie zobaczył Barbarę?
- Na korytarzu.
- Twój brat ją zatrzymał?
- Nie! Skąd... Chyba był zbyt zdziwiony, żeby coś zrobić. Zresztą, Barbara zawsze wolała być samodzielna, ponoć nawet nie zauważyła Mike'a. Och, Robert, zróbmy coś! Da się ją jakoś uratować?
- Niemcy podejrzewają, że współpracuje z Polakami, stawiającymi zbrojny opór przeciw Niemcom. Ciężko będzie przekonać oficerów, żeby ją zwolnili. Nawet łapówka może zawieść.
- To jest jakiś pomysł! Mój brat mógłby przekazać łapówkę! Wcale nie muszą wiedzieć, że to od nas. Powiemy, że to jej rodzina i...
- Andrea, to nie przejdzie. Łapówka musiałaby być ogromna. Nawet gdyby Niemcy na to przystali, nie uzbierasz takiej sumy w tydzień... - urwał, widząc pierwszą łzę na policzku dziewczyny. Przytulił ją do serca.
- Właśnie straciłam przyjaciółkę...? - załkała.
- Andrea... - westchnął, niezdecydowany. Odetchnął głęboko, po czym rzekł: - Ostatecznie, Barbarę można by odbić.

***

- Okłamałaś nas! - Birke ponownie uderzył Ewę Dudkiewicz. - Zofia Jackowska nie mieszka pod tamtym adresem. Nie znaleźliśmy jej ani jej rzeczy.
- Musiała się wyprowadzić! - załkała dziewczyna. - Przecież ja wam powiedziałam prawdę! Mieszkałam z Zofią Jackowskiej na Kościelnej dwa!
- Łżesz! Pokój, rzekomo przez nią wynajmowany, został wynajęty naszemu żołnierzowi zaraz po tym, jak wyprowadziła się z niego Sybilla Jocewicz.
- Posługiwała się tymi dokumentami! To jej fałszywe nazwisko! - wykrzyczała Ewa, myśląc tylko o swojej siostrze. Nie mogła pozwolić, by stała jej się krzywda, pozostało jej wierzyć w to, że Niemcy nie zrobią Zofii krzywdy. Resztki wstydu zniknęły dawno temu, na ich miejscu pojawiła się desperacja. Dziewczyna trzymała się kurczowo myśli o uwolnieniu siebie i ponownym spotkaniu z rodziną.
- Sprawdzimy to. - Podoficer pokiwał głową i uderzył przesłuchiwaną w brzuch. - To za to, że nie powiedziałaś nam wcześniej. Strażnik! Zabrać ją!

***

Niepewna tego, co przed chwilą usłyszała, Andrea zmarszczyła brwi.
- Jak to odbić?
- Odbić, czyli siłą uwolnić Barbarę.
- We dwójkę? - prychnęła.
- Nie. Powiedzmy, że mam znajomych, którzy się na tym znają.
- Czy to ci... polscy bandyci? Tak nazywają ich Niemcy?
- Nie jesteśmy bandytami - uniósł się honorem. - Bronimy tylko tego, co nam zabrano.'
- Nie mówię, że ja tak uważam - sprostowała chłodno.
- Wierzę ci, tylko po prostu... - Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Andrea czule położyła mu rękę na ramieniu, momentalnie zapominając o swojej irytacji.
- Musimy pomóc Barbarze. Oboje jesteśmy po tej samej stronie, prawda?
Robert uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Prawda, jesteśmy, i to czymś więcej, niż sprzymierzeńcami.
- Zdecydowanie tak.
- Spróbuję coś zdziałać. Obiecuję, że zajmę się tym za dwa dni, jutro mam ważną sprawę do załatwienia.
- Nie musisz mówić - westchnęła Andrea, lekko rozczarowana.
- Nie mogę. - W jego głosie słychać było tylko żal i smutek.
- Domyślam się. I dziękuję ci bardzo. Doceniam to, co chcesz zrobić dla Barbary.
- Zrobię to nie tylko dla niej, ale i dla ciebie. - Zbliżył się do niej i wyszeptał, patrząc prosto w jej oczy: - Kocham cię, Andreo.
Dziewczyna nie była gotowa na to wyznanie. Otworzyła usta w niemym zdumieniu, widząc pewność siebie i szczerość wypisaną na twarzy mężczyzny.
Chciała powiedzieć coś odpowiedniego dla tej chwili, lecz milczała, nie mogąc znaleźć żadnych słów. Robert, widząc jej reakcję, odwrócił wzrok.
- Przepraszam, ja nie... - mruknął niewyraźnie, ale Andrea przerwała mu.
- Nie masz za co! - odparła szybciej, niż powinna. - Ja też ciebie kocham - przełknęła ślinę - Robercie.
Zanim zdążyła pomyśleć, co robi, pocałowała ukochanego raz, a potem znowu, tym razem dłużej.
- Andreo. - Robert odsunął się od niej, delikatnie trzymając jej twarz w dłoniach. - Jeśli mamy odzyskać Barbarę, będę potrzebował twojej pomocy. A dokładniej, twojego brata.
- Co mam zrobić?
Chwilę bił się z myślami. Czuł się źle z tym, że zepsuł im taką chwilę, ale musiał powiedzieć jej o swoim planie.
- Przekonasz swojego brata, żeby nam pomógł.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Rozdział 27 - Zdjęcie

Michael Schweiger pakował swoje rzeczy do wysłużonej skórzanej teczki. Wybierał się dziś odwiedzić rodzinę, zaraz po pracy. Myśli zaprzątały mu dziesiątki pytań, które będzie chciał zadać matce, ojcowi, Andrei... To właśnie z siostrą chciał najwięcej porozmawiać, zwłaszcza o tajemniczym mężczyźnie u jej boku, którego poznał, gdy spotkali się na ulicy.
Oczywiście, nie zapominał o rodzicach. Nie widział ich ponad tydzień, zajęty pracą i kilkoma wyjściami z Marie. Chciał dowiedzieć się, jak matka radzi sobie w pracy, czy ojciec dobrze się czuje i czy mają wszystkiego, co im potrzeba.
Zamyślony ruszył korytarzem. Był już blisko schodów, gdy jakaś nieostrożna osoba potrąciła go, biegnąc w przeciwnym kierunku. Zdezorientowany podniósł wzrok, w samą porę, by ujrzeć kilku żołnierzy, najwyraźniej goniących uciekiniera. Zza zakrętu wyszedł też oberscharführer Birke, małomówny oficer, zajmujący się śledztwami i innymi sprawami związanymi z polskimi przestępcami. Wysoki mężczyzna miał na twarzy ślad po uderzeniu, a z kącika wargi kapała mu krew. Michael po raz pierwszy widział go przygarbionego, z trudem podążającego za biegnącymi żołnierzami.
Po chwili tupot stóp ustąpił tryumfalnym okrzykom i złorzeczeniom. Młodemu Schweigerowi wydawało się, że wśród nich usłyszał jęk kobiety. W korytarzu ukazali się zdyszani żołnierze, prowadzący drobną postać. Michael rozpoznał przyjaciółkę Andrei, mimo że twarz, otoczona burzą rudych włosów, pokryta była siniakami i krwią. Przystanął na chwilę, obserwując groteskową scenę. Trzech muskularnych mężczyzn w idealnie skrojonych, czystych mundurach, prowadziło śmiesznie małą, poturbowaną Barbarę. Dziewczyna zauważyła znajomego, zaszczyciła go krótkim spojrzeniem. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Nie dała po sobie poznać, że zna młodego Niemca.
- Na co się gapisz? - fuknął na niego Birke, wyraźnie niezadowolony z całego zajścia. - Zjeżdżaj! - Gwałtownie machnął ręką. Nie musiał powtarzać dwa razy, Michael szybkim krokiem odszedł w stronę wyjścia.

***

W przeciwieństwie do gabinetu oficera gestapo, którego podłogę zdobił drogi dywan, a nad biurkiem wisiał oprawiony w bogato zdobioną ramę portret Hitlera, pomieszczenie, do którego wrzucili Barbarę, było zimne, puste i sprawiało wrażenie niedokończonego. Ściany miały nieprzyjemny, zielonkawy kolor. Jedynymi meblami były proste, masywne biurko i mały stołek na środku, na którym usadowiono rudowłosą.
Żołnierz, który ją eskortował, zatrzasnął drzwi. Nie została sama na długo. Ten żołnierz miał inny mundur. Zapewne był wyższy stopniem, może pełnił inną funkcję. Barbara nigdy nie interesowała się mundurami. Nie musiała, mężczyzna sam się przedstawił.
- Oberscharführer Johann Birke. A jak ty się nazywasz? - spytał beznamiętnym tonem, rozpinając jej kajdanki. Nie odpowiedziała, intensywnie myśląc nad ucieczką.
- Jak się nazywasz? - powtórzył, po czym chwycił ją za bujne włosy.
- Joanna Pieczarska - wystękała przez zaciśnięte zęby.
- Tak masz napisane w dokumentach - potwierdził, nie rozluźniając uścisku. - A jak nazywali się twoi przyjaciele, którzy postrzelili jednego z naszych ludzi?
Tym razem nie odpowiedziała. Oberscharführer westchnął, puścił ją i uderzył w twarz. Podejrzewał, że za pierwszym razem zwali drobną dziewczynę z krzesełka, lecz pomylił się wielce. Co prawda Barbara przechyliła się niebezpiecznie w lewo, ale utrzymała się na miejscu, zapierając się nogami. Birke dołożył kilka ciosów i, znudzony, podszedł do biurka w poszukiwaniu swojego drąga. Nie chciał nadmiernie brudzić sobie rąk.
Barbara wykorzystała chwilę jego nieuwagi. Po cichu wstała ze stołka, chwyciła go i zamachnęła się na gestapowca. Birke odwrócił się w jej stronę akurat, gdy drewniane siedzenie opadło na jego czaszkę. Rozległ się głuchy trzask, pomieszany z wrzaskiem mężczyzny. Nie czekając na jego dalsze reakcje, rudowłosa ugodziła go raz jeszcze, celując w skroń. Dodała jeszcze kopniaka w brzuch. Wyrwała z kabury Niemca pistolet i wcelowała w otwierające się drzwi. Zdziwienie na twarzy wartownika przerodziło się w grymas bólu, gdy Barbara postrzeliła go w bok. Upadł, odsłaniając przejście. Dziewczyna bez namysłu wypadła na korytarz, trzymając broń przed sobą. Wiedziała, że nie ucieknie głównym wejściem. Pobiegła korytarzem, potrącając urzędników i strzelając do uzbrojonych żołnierzy. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro i zaczęła wzrokiem szukać wystarczająco dużego okna. Korytarz przebiegał środkiem budynku, więc musiałaby wpaść do jednego z pokoi. Słyszała za sobą odgłosy pościgu, dlatego podbiegła do pierwszych drzwi i szarpnęła za klamkę. Zamknięte. Zaklęła i odwróciła się, by poszukać innych. Kolejne ustąpiły od razu, ale za nimi siedziało trzech żołnierzy. Widząc ją, natychmiast wstali, sięgając po broń. Barbara nie zdążyła się wycofać, drogę ucieczki zastąpili jej goniący ją mężczyźni. Wyrwali jej pistolet, wykręcili ręce i siłą wyprowadzili na korytarz.
Kątem oka Barbara zauważyła przyglądającego jej się, również rudowłosego szeregowca. Wpatrywał się w nią z lekko uchylonymi wargami. Poznała go, to był Michael. Minęli go, nie miała czasu dokładniej się mu przyjrzeć.
Wróciła do tego samego pokoju. Jedyną rzeczą, którą zapamiętała z tej wizyty, był ból.

***

- Dzień dobry, tato, witaj, mamo. - Michael szybko przywitał się z rodzicami, tuląc matkę do piersi i kiwając głową ojcu. - Gdzie jest Andrea?
- Tutaj. - Jego młodsza siostra wyszła z kuchni. - Witaj, braciszku.
- Andrea, możemy chwilkę porozmawiać przed obiadem? - spytał.
- Tak, możemy. - Zastanawiając się, o co mu chodzi, spojrzała pytająco na rodziców, szukając w ich oczach przyzwolenia. Matka skinęła głową.
- Do obiadu jeszcze kilka minut, a ja już sobie dam radę. - Machnęła ręką.
Wdzięczne rodzeństwo przemknęło do pokoju najmłodszej ze Schweigerów.
- Co jest? - Jej brat miał zatroskany wyraz twarzy.
- Wychodziłem dzisiaj z pracy, kiedy zobaczyłem Barbarę.
- Rozmawialiście? - zapytała.
- Nie. Zgarnęła ją policja. Minęła mnie na korytarzu, próbując uciec.
- Żartujesz? - Mina Andrei sugerowała, że wcale nie posądza brata o żarty.
- Zdaje się, że przesłuchiwał ją jeden z podoficerów. Obawiam się, że nie wyjdzie z tego cało.
- Mike, co oni jej zrobili? - Złapała go za przedramię.
- Nie wiem. Wyglądała na poturbowaną, musieli bić ją po twarzy.
Niemka zasłoniła usta ręką. Mike odwzajemnił jej uścisk, a po chwili już tulił ją w ramionach.
- Mike, możesz coś zrobić? - wyszeptała.
- Nie wiem, siostrzyczko. Spróbuję się czegoś dowiedzieć, ale od razu ci mówię, że sprawa wygląda beznadziejnie.
Matka zapukała w drzwi. Szybko odsunęli się od siebie, a Andrea przybrała maskę obojętności.
- Proszę! - powiedziała lekko drżącym głosem.
- Zapraszam na obiad, kochani.
- Idziemy - odpowiedział Michael. - Nie myśl o tym, nie psujmy matce wieczoru.
- Masz rację - dodała Andrea. - Cieszy się, że cię widzi. Tak, jak ja.

***

- No dobrze. Zapytam ostatni raz. Kim jest ten człowiek? - Birke pokazał Barbarze świeżutkie zdjęcie, zrobione przez Kostka. Fotografia przedstawiała ją i Roberta.
Rudowłosa otarła twarz z krwi, aby móc lepiej widzieć. Wychyliła się w kierunku podoficera, udając, że dokładnie przygląda się Robertowi. Ostatnim rozpaczliwym gestem protestu wyrzuciła przed siebie umazaną we krwi dłoń i zamazała czerwonym płynem twarze postaci na zdjęciu.
Birke krzyknął z wściekłości i bezsilności. Szybko podniósł fotografię z blatu, trzymając ją ostrożnie w dwóch palcach. Kiedy zdjęcie było bezpieczne, przeniósł swą złość na Barbarę. Straciła przytomność, gdy uderzył ją z całej siły.
- Strażnik! - zawołał oberscharführer, odwijając rękawy koszuli. - Zabrać więźniarkę!

wtorek, 29 sierpnia 2017

Rozdział 26 - Złamane zasady

10 grudnia

Niedzielne odśnieżanie stało się czasem spotkań towarzyskich. Barbara i Andrea postanowiły na stałe pomagać Weronice i Zuzannie. Tak jak tydzień temu, zostały po porannej mszy i chwytały za łopaty.
Aby umilić sobie pracę, rozmawiały niemal o wszystkim, coraz bardziej zacieśniając znajomość. Weronika, nie znając nikogo więcej, zaproponowała im udział w swoim małym buncie.
- Robicie coś po obiedzie? - zapytała koleżanki. Zaprzeczyły, kręcąc głowami. - W takim razie zapraszam was na małe spotkanie towarzyskie. - Puściła do nich oko.
- Co masz na myśli? - odezwała się Barbara.
- Jakąś małą zabawę, jakieś tańce... - mruknęła Wercia, nie chcąc, by jej słowa trafiły do niechcianych uszu.
- A czy tańce nie zostały dla Polaków zabronione? - szepnęła Zuzanka.
- Zostały. Absurdalne, prawda?
- Rzeczywiście.
- W takim razie zapraszam do mnie, na trzecią.
- Ja przyjdę. - Zuza energicznie potwierdziła swoją obecność. Mogła być odrobinę lekkomyślna, ale tygodnie w konspiracji sprawiły, że dużo mniej obawiała się Niemców. Teraz, po odebraniu prawa do zabawy, była skłonna robić im na złość jak nigdy dotąd.
- Andrea, idziemy! - Barbara szturchnęła przyjaciółkę w bok. Ona także należała do tych szalonych, niebojących się życia osób.
Andrea nie odezwała się ani razu, było jej głupio, że akurat ona, jedyna, która nie lubiła tańczyć, nadal miała ten przywilej. Tymczasem młode Polki właśnie zostały z niego obdarte.
- No, nie wiem...
- Nie masz się czego obawiać - zachęciła ją rudowłosa.
- Wiem, ale jakoś nie chodzę na takie zabawy.
- To nie żadna zabawa, tylko przyjacielskie spotkanie - sprostowała Weronika. - Jeśli macie chłopaków albo bliskich znajomych, możecie ich zabrać, bo na razie trochę ich mało.
- Czyli ilu? - Zuza wbiła łopatę w śnieg, by trochę odpocząć.
- Jeden.
- Hmm, właściwie to znam jednego - ostrożnie zaczęła Andrea.
- Robert? - spytała Barbara.
- Tak, może się zgodzi. - To była dobra okazja, aby spotkać się z Robertem w towarzystwie znajomych. Będzie mogła go trochę poobserwować, a może nawet zatańczyć. Andrea zganiła się w myślach. Przecież ona nie lubi ani nie umie tańczyć. Ale słowo się rzekło.
- Doskonale! - Weronika przerzuciła ostatnią warstwę śniegu na dróżce. - Jeszcze tylko jedna ścieżka.

***

Zanim babka Bronisława zdążyła wyjść, Weronika powitała pierwszego gościa. Zuzanka zjawiła się wcześniej, z zamiarem pomocy przy organizacji potajemnej zabawy. Dziewczęta nakryły stół czystym obrusem i postawiły na nim kilka kieliszków. W domu brakowało alkoholu, jedyne, co Wercia mogła zaoferować znajomym, był wiśniowy kompot sporządzony przez jej babkę.
- Pachnie wspaniale, zresztą jest niedziela i nie będziemy się upijać. - Zuzanka chciała podnieść przyjaciółkę na duchu.
- Lepiej, żeby reszta gości podzieliło twoje nastawienie - mruknęła do niej Weronika, ostrożnie przelewając ciecz ze słoika do dzbanka.
- Ja wychodzę do Stasi, bawcie się dobrze, ale w ciszy - przykazała pani Bronisława.
- Oczywiście, babciu! - Dziewczyna zamknęła za kobietą.
Nie minęło dziesięć minut, gdy do drzwi zaczęli dobijać się kolejni goście.
- Ja otworzę! - zaoferowała Zuzanna, idąc w kierunku drzwi. Dogoniła ją młoda gospodyni domu i razem stanęły twarzą w twarz z Fryderykiem. Przyglądali się sobie, a w ich umysłach powróciły wspomnienia z tego dnia, kiedy udawali kuzynów. Chłopak nie wiedział, że Zuzanna opowiedział o wszystkim Weronice, dlatego nie był pewny, co miał zrobić.
Widząc jego wahanie, Weronika zachęciła go ręką.
- Wchodź, Zuzanna wszystko wyjaśniła. Wiem, że jesteście w konspiracji, ale nikomu o tym nie powiem, możecie być spokojni. Zapomnijmy o tym.
W tym samym czasie do bramy kamienicy podeszła Andrea z Robertem. Młoda Niemka zwalniała co krok, jakby coraz bardziej wątpiła w słuszność swojego wyboru. W końcu zatrzymała się metr przed wejściem.
- Przepraszam cię bardzo, ale nie wiem, czy to dobry pomysł. - Zaczerwieniła się, o ile pozwoliły jej na to zarumienione od mrozu policzki.
- Teraz chcesz się wycofać?
- Nie, to znaczy...
- Wstydzisz się czegoś?
- Chyba nie - opowiedziała niepewnie.
- Znasz wszystkich?
- Prawie.
- Będziesz się czuć dobrze w ich towarzystwie?
- To moje jedyne znajome.
- W takim razie chyba możemy się z nimi spotkać? Wspominałaś, że będzie tylko parę osób, w tym Barbara. Zaryzykujemy i wejdziemy na górę?
Andrea kiwnęła głową, zastanawiając się, czy będzie żałowała tej decyzji. Wdrapali się na górę, Robert zapukał do drzwi.
Weronika uchyliła drzwi i czujnie przyjrzała się nowym gościom. Rozpoznała Andreę, która pospiesznie przedstawiła jej swojego wysokiego towarzysza.
- Czekamy jeszcze tylko na Barbarę. Proszę, wejdźcie.
- Nie musicie czekać, już jestem! - wysapała Rudowłosa. Widocznie musiała biec po schodach, nie chcąc się spóźnić.
- Witaj, zapraszam! - Weronika wpuściła wszystkich do mieszkania. Nie zdawała sobie sprawy z niezręcznej sytuacji. Wzięła się za przedstawianie wszystkich, nie mając pojęcia o tym, że większość już się zna. Robert, Barbara, Fryderyk i Zuza posłali sobie ukradkowe spojrzenia. Mimo tego nowo przybyli wymienili uściski dłoni, udając, że widzą się pierwszy raz.
- Moi drodzy! - Gospodyni zwróciła na siebie uwagę gości. - Zebraliśmy się tutaj w bardzo wzniosłym celu. Będziemy łamać bezprawnie narzucone nam zakazy!
Atmosfera nieco się rozluźniła. Weronika napełniła kieliszki kompotem babki, wszyscy ochoczo przyjęli napój. Kiedy już wszyscy zostali obdarowani, wyjęła płytę z szafy i po chwili w tle popłynęła muzyka taneczna. Zuzanka od razu zaczęła kołysać się w jej rytm. Nucąc pod nosem, zaczęła przestępować z nogi na nogę. Przesunęła się do Weroniki i szepnęła do niej gorączkowo.
- Wercia, chodźmy zatańczyć, bo nie mogę wytrzymać! Tak dawno nie tańczyłam...
- No dobrze - zaśmiała się i chwyciła ją za ręce. Chichocząc, zaczęły kręcić się po prowizorycznym parkiecie. Barbara przeszła bliżej ściany, by zrobić im miejsce. Dołączyła się do dyskutujących Fryderyka i Roberta, ale szybko straciła nimi zainteresowanie i usiadła na kanapie obok Andrei.
- Robert to teraz twój chłopak? - zapytała radośnie z typową dla siebie bezpośredniością.
- Co? - Jej przyjaciółka wzdrygnęła się na dźwięk jej głosu. - Nie, nie, chyba nie.
- Nie ściemniaj, przyszliście tu razem, a ty patrzysz w niego jak na obrazek.
- Zdaje ci się.
- Jak nie przyjdzie zaprosić cię do tańca, osobiście z nim pogadam.
- O czym ty mówisz, Barbara, przecież ja nie tańczę.
- To zatańczysz.
Rudowłosa miała rację. Weronika wyciągnęła opierającego się Fryderyka na parkiet, pozostawiając Roberta bez rozmówcy. Młody mężczyzna popatrzył na parę, po czym przeniósł swój wzrok na Andreę. Niemka momentalnie się zaczerwieniła, spuszczając głowę. Barbara szturchnęła ją w bok.
- Idziesz z nim zatańczyć i koniec! - wysyczała jej do ucha.
- Andrea, zatańczymy? - Robert podał jej rękę. Dziewczyna wyprostowała się i po namyśle wyciągnęła drżącą dłoń. Została pociągnięta w górę i na środek pokoju. Na sztywnych nogach podążała za płynnymi ruchami swojego partnera.
Na kanapę za to opadła Zuzanka, łapiąc oddech.
- Uff! - stęknęła. Barbara łypnęła na nią okiem.
- Jak to możliwe, że Weronika nie jest w konspiracji, skoro zaprosiła prawie samych konspiratorów?
- Widocznie tak się złożyło.
- Nie ma żadnych jej znajomych, tylko my. Podejrzane.
- Mówiła, że przyjechała niedawno.
- No dobrze, ale zna tylko nas? Ma przyjaciółki, koleżanki i chłopaka z konspiracji, a my przed nią udajemy normalnych ludzi.
- Po pierwsze, Weronika wie, że ja i Nicpoń - zerknęła na Fryderyka - walczymy w ukryciu. O tobie i Robercie nic nie wie, a Andrea jest Niemką.
Barbara wciąż patrzyła na nią krzywo, ale już się nie odezwała.
Tymczasem muzyka nieco się uspokoiła. Tańczący w parach przybliżyli się do siebie, Weronika i Fryderyk stykali się głowami. Andrea zachowywała nieco większy odstęp, ale nie zaprotestowała, gdy Robert objął ją mocniej.
- Cieszę się, że przyszliśmy - powiedział.
- Ja też - mruknęła, głupio czując się w tak romantycznej sytuacji.
Zderzyli się z drugą parą. Weronika i Fryderyk również byli pochłonięci przez dyskretną konwersację.
- Wreszcie ze sobą tańczymy - szepnęła Wercia, czując przyjemne ciepło, bijące od chłopaka.
- Tak... - westchnął, nieco przygaszony.
- Co to za mina? - spytała.
- Nic... Po prostu to nie to samo, co przed wojną.
- Dla mnie wystarczy, nie lubię tych wielkich, poważnych bali.
- Ale tutaj kryjemy się po domach i musimy dreptać, bo ciężko nazwać to tańczeniem, przy ledwo słyszalnej muzyce.
Weronika nie chciała kontynuować rozmowy, jej humor odrobinę się pogorszył. Wydawało się, że Fryderyk nie będzie do końca szczęśliwy, dopóki odzyska ukochanej Ojczyzny.
Mimo wszystkich wątpliwości i smutków, spotkanie się udało. Przed końcem Weronika zapewniła gości, że mogą się spodziewać kolejnych takich "zabaw" i od razu uprzedziła wszystkich o nadchodzącym Sylwestrze.
- Nikt nie zabierze nam prawa do zabawy - zakończyła.

***

11 grudnia

Z samego rana trójka konspiratorów udała się na Pragę, by odszukać konfidenta gestapo. Barbara, Robert i Janek szli w pewnych odstępach, rozdzielając się kilka ulic wcześniej.
Szymański jako pierwszy wszedł w zaułek złodziei i przyczaił się przy brudnej bramie jednej z kamienic. Chwilę później wszyscy znaleźli się na terytorium warszawskich drobnych przestępców.
Teraz Barbara wysunęła się na przód, prowadząc za sobą Roberta. Kroczyła pewnie przed siebie, wypatrując Kostka. Odnalazła go tam, gdzie ostatnim razem. Spierał się z innym mężczyzną o nowy, zapewne kradziony aparat fotograficzny, zawieszony na szyi złodziejaszka.
- Tak się składa, że Kwiecień wysłał mnie po aparat - zawołała do Kostka rudowłosa, jednocześnie trącając Roberta. - Kostek, pokaż mi go - zażądała.
Kostek postanowił skorzystać z okazji.
- Najlepszy towar! - Podniósł go i zrobił zdjęcie zaskoczonym konspiratorom. Potrącił mężczyznę obok i zaczął uciekać boczną uliczką.
Bez zastanowienia Barbara i Robert rzucili się w pogoń. Siwa była zwinniejsza, zaczęła przybliżać się do Kostka i oddalać od kolegi. Nie przewidziała, że na wylocie ciasnej alejki wpadnie na dwóch eleganckich agentów gestapo, prosto w ich ręce. Próbowała się im wyrwać, ale na próżno. Za plecami Niemców czaił się przestraszony złodziej.
- To jedna z nich, chciała mnie zabić! - wysapał Kostek.
- Do samochodu, obydwoje! - rozkazał jeden z tajniaków. Jęknął cicho, gdy kula Roberta ugodziła go w ramię. Szymański nie strzelił mu w serce, gdyż Barbara stała zbyt blisko.
- Jedziemy! - zawołał ranny Niemiec, trzymając się za rękę. Drugi wepchnął Siwą do samochodu, grożąc jej pistoletem. Z drugiej strony już kulił się Kostek, przerażony, że ktoś do niego strzela. Teraz do Roberta dołączył Janek, mierzący do kierowcy. Uchylając się przed pociskami Niemców, nie miał możliwości dokładnego wycelowania i w rezultacie zbił jedynie szybę samochodu. Gestapowcy odjechali, wraz z Barbarą i niedoszłym celem, konfidentem gestapowców.

piątek, 25 sierpnia 2017

Rozdział 25 - Złoto

8 grudnia

Mróz na dworze nie odpuszczał ani na chwilę. Weronika z ulgą schowała się w budynku stajni, odprowadzając jednego z koni po treningu.
Twardzi Niemcy byli odporni na niskie temperatury albo mieli bardzo ciepłe ubrania. Bez słowa wykonywali wszystkie obowiązki, nierzadko spędzając całe dnie w przenikającym chłodzie.
Witt przyglądał się dziewczynie ze współczuciem. Młody żołnierz sam dotkliwie odczuwał mróz.
- Mamy teraz półgodzinną przerwę w pracy - poinformował Wercię. Zaczął mówić do niej po imieniu. Ją również przekonał do tego samego, mimo początkowego oporu Polki. - Chodź z nami, ogrzejesz się.
- Nie wiem, Helmut. Nie będę tam mile widziana. - Obawiała się przebywania w jednym pomieszczeniu z kilkunastoma stajennymi.
- Daj spokój, pójdę z tobą.
- No dobrze.
Odłożyła siodło trzęsącymi się z zimna dłońmi i wyszła za Wittem. Skórzane rękawiczki nie były w stanie ochronić jej rąk przed grudniowym chłodem. Kurtka wystarczała w budynkach, gdzie było znacznie cieplej. Na zewnątrz cała Wercia zaczęła dygotać.
Widząc to, Niemiec przyspieszył. Schowali się w pomieszczeniu socjalnym. Znajdował się tu długi drewniany stół z ławami po obu bokach. Większość miejsc wyłożonych kocami była już zajęta, nowi przybysze musieli usiąść obok siebie na skraju jednej z ław.
- Helmut, kawa, herbata? - zapytał jeden z siedzących.
- Dwie herbaty, byle tylko gorące - poprosił Witt. Drugi Niemiec podniósł się i obrzucił wzrokiem Weronikę. Bez słowa przyniósł im po małej filiżance wodnistej herbaty. Z wdzięcznością chwycili je w dłonie, wciąż nie zdejmując rękawiczek.
Ktoś zagadał Witta, Weronika skuliła się pod kocem, który podniosła ze swojego siedzenia. Unikała kontaktu wzrokowego z innymi, nie chcąc zagłębiać się w żadne rozmowy. Spojrzała na drzwi wejściowe akurat w momencie, kiedy zaczęły się one otwierać. Zamiast kolejnych stajennych pojawiła się w nich sylwetka tutejszego komendanta wraz z lekko brzuchatym generałem. Zgromadzeni wstali, jak jeden mąż, stukając obcasami. Zaskoczona Wercia również wstała, chowając się za plecami Witta.
- No, no, widzę, że macie tu całkiem przyjemnie - gruppenführer uśmiechnął się przyjaźnie. Odpowiedział mu jego towarzysz.
- Zaraz wracają do pracy. Zaniesiecie skrzynie do samochodu gruppenführera! - wydał rozkaz stajennym. Zdyscyplinowani wyszli, a dziewczyna razem z nimi. Dotarli do jednego z magazynów, w którym Weronika jeszcze nigdy nie była. Większość pomieszczenia wypełniały przeróżnej wielkości pakunki. Po kolei Niemcy podnosili skrzynie i wynosili je gęsiego. Weronika chciała wziąć jedną z mniejszych, ale nie zdołała jej udźwignąć. Została sama z Wittem.
- Pokaż, co to jest? - Podniósł ciężar i stęknął. - Wyniesiemy to razem.
Z trudem załadowali skrzynię na rampę ciężarówki i wrócili po kolejne.
- Zostaw te ciężkie, poszukaj czegoś lżejszego - poinstruował ją Niemiec. Sam wyniósł kolejny pakunek.
Weronika ponownie została sama. Ciekawość wzięła górę i dziewczyna zajrzała do kolejnego, małego i ciężkiego. Wieko przymocowane było na kłódkę, ale przy odrobinie wysiłku dało się je poluzować i unieść na centymetr. W środku błysnęło, spomiędzy szmatek można było dostrzec złote monety.
Na dźwięk kroków Polka szybko puściła skrzynię i sięgnęła po kolejną. Dała radę przenieść do samochodu tą i kolejną. Szybko uporali się z robotą.
- Wszystko załadowane, mein führer - zakomunikował zadowolony dyrektor stadniny.
- Wyśmienicie. Pańscy ludzie zasługują na odpoczynek.
- Tak jest! Rozejść się! - wrzasnął na podwładnych. - Koniec pracy na dziś!
Ostatkiem sił i chyba tylko dzięki silnej woli, Weronika wróciła do domu. W mieszkaniu powitała ją babka.
- Werciu, słyszałaś o nowym rozporządzeniu?
- Babciu, cały dzień byłam w pracy - jęknęła dziewczyna.
- Czyli nie słyszałaś - stwierdziła starsza pani. - Zakazano wszystkich zabaw. Od dziś nie wolno nam brać udziału w potańcówkach, nawet prywatnie. - Babcia zawsze wszystko wiedziała pierwsza. Była doskonale poinformowaną osobą.
Weronika zakrztusiła się wodą, którą jeszcze przed chwilą piła.
- Słucham? - Była przekonana, że to jakiś żart.
- Niemcy zakazali tańców.
- Chyba na głowę upadli! Jak niby sprawdzą, czy właśnie nie organizuję u siebie w domy spotkania towarzyskiego z tańcami?
Pani Bronisława pomyślała chwilkę.
- Myślę, że mogą się zainteresować głośną muzyką.
- A jeśli muzyka będzie cicho?
- Nie wiem, może wprowadzą jakieś kontrole? Będą chodzić od domu do domu?
- Jakoś w to nie wierzę. Babciu, nie masz nic przeciwko, że zaproszę na niedzielę kilku znajomych?
- Werciu, proszę, nie rób niczego głupiego...
- Spokojnie, nie będzie głośnej muzyki.
- No dobrze. Wyjdę wtedy do sąsiadki, żeby nie musieć tego oglądać. - Pokręciła głową z dezaprobatą. Jej niezadowolenie wzrosło, kiedy wnuczka włożyła płaszcz.
- Gdzie znowu idziesz, przecież dopiero co wróciłaś?
- Muszę zaprosić kolegów, to nie potrwa długo, wszyscy mieszkają blisko.
- Masz mi tam nie zamarznąć! Weź chustę na szyję!
- Dobrze, wezmę. - Pocałowała babkę w policzek i już jej nie było. Wciąż wściekła na absurdalne rozporządzenie, zbiegła po schodach i wypadła na mróz. Odetchnęła głęboko i skierowała swe kroki na Graniczną.
Zabębniła w drzwi do mieszkania, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. Otworzył jej Filip, zaraz za nim stanął Fryderyk.
- Zapraszam was na potańcówkę! - szepnęła konspiracyjnie, wchodząc do środka.
- Ho, ho, z jakiej to okazji? - zapytał Filip.
- Ponoć Niemcy zabronili. - Uśmiechnęła się zadziornie.
- Coś o tym słyszałem - wtrącił drugi chłopak. - Nie wierzę, ty chcesz ryzykować łamanie przepisów? - zapytał z niedowierzaniem.
- Możecie zabrać paru znajomych, jeśli chcecie.
- Chwileczkę - poprosił Filip. Skorzystał z tego, że dziewczyna poszła umyć ręce. - Stary, nie wydaje ci się, że to jakaś prowokacja?
- Niemców? No coś ty - oburzył się Fryderyk. - Znam Wercię i jej dziecięcy upór. Jak się na coś wścieknie, nie potrafi usiedzieć spokojnie.
- No więc? - Weronika wróciła.
- Chętnie przyjdę, Filip mówi, że ma coś do załatwienia - zagłuszył przyjaciela, nim ten zdążył coś powiedzieć.
- Ach, no dobra, w porządku. Tylko nie ubieraj się zbyt odświętnie, bo będzie wyglądać podejrzanie, jeśli wszyscy zaczną się do mnie schodzić w eleganckich ubraniach.
- Pewnie. Zostaniesz jeszcze na chwilę? - spytał Fryderyk.
- Obiecałam babci, że zaraz wrócę, ale mogę wam powiedzieć coś ciekawego - ściszyła głos. - Dzisiaj do stadniny przyjechał jakiś generał i kazali nam nosić do jego ciężarówki jakieś skrzynie. Zajrzałam do jednej z nich, była strasznie ciężka, a tam coś się błyszczało, może nawet złoto.
- Kto chciałby trzymać złoto w stajni? - zdziwił się Filip.
- Nie wiem. Do zobaczenia w niedzielę.

***

9 grudnia

Skład grupy kapitana Tańczyńskiego uległ znacznemu pomniejszeniu. Po utracie Kwietnia i niedyspozycji Alicji zostali tylko Robert, Janek, Barbara i sam kapitan. Zadecydowano o wcieleniu ich do oddziału majora Cara. Znali się już trochę i byli na wspólnych akcjach, toteż nikt nie miał nic przeciwko.
Kolejne wspólne spotkanie odbyło się w kościele. Atmosfera była napięta. Wszyscy czekali na Zofię, która miała pojawić się wraz z rozszyfrowanymi notatkami gruppenführera von Bülowa. Zdyszana kobieta wpadła na zakrystię, wymachując ręką z notesem.
- Mam, mam! Już jestem - wysapała, witając się ze wszystkimi. Na samym początku nikt nie rozpoznał Zofii. Stojąca przed nimi osoba nie posiadała długich, niebieskich włosów, lecz zwyczajne brązowe, sięgające ramion.
- Sybilla? - cicho spytała Barbara.
- Ach, no tak, przecież zmieniłam kolor! To dla niepoznaki - wyjaśniła.
- Rozumiem, że udało ci się rozszyfrować te zapiski? - Major Car zbliżył się do nowo przybyłej.
- Tak, zaraz wszystko wytłumaczę.
Zofia wyjęła własny notesik z poupychanymi luźnymi kartkami i usiadła przy stole. Pozostali poszli w jej ślady.
- Tutaj jest lista wszystkich nazwisk i kontaktów, zamieszczonych w zeszycie generała. - Podała kartkę Carowi. - Wszystko wskazuje na to, że są to jego sprzymierzeńcy, partnerzy handlowi albo coś takiego. Dalej znalazłam spis wielu wartości, być może pieniędzy. Daty przy każdym z numerów sugerują dni, w których dochodziło do transakcji. Oprócz tego, co jakiś czas pojawiają się miejsca lub adresy. Ich listę mam tutaj. - Wyciągnęła kolejną kartkę.
- Interesujące. Czemu miałoby to wszystko służyć? - zapytał major.
- Nie wiem, ale mam pewną teorię. - Ściszyła głos. - To są raczej prywatne sprawy generała, nie interesy Rzeszy.
Siedzący nieopodal Fryderyk nagle doznał olśnienia.
- Ja chyba wiem, o co może chodzić. Generał kradnie złoto na własną rękę.
- Skąd ten pomysł? - Car zmarszczył brwi.
- Moja dziewczyna pracuje w stadninie, w której Bülow trzyma swoje konie. Opowiedziała mi, że kiedy ostatnio generał przyjechał z ciężarówką, stajenni pomagali zanosić tam jakieś skrzynie. Miał to być rząd jeździecki, ale moja dziewczyna twierdzi, że widziała w nich złoto czy inne kosztowności.
- Twoja dziewczyna pracuje dla Niemców? - zapytał dowódca.
- To nie tak, że dla nich...
- Spokojnie, nie to miałem na myśli. Czy ona należy do konspiracji?
- Nie - odparł, zawstydzony tym faktem.
- Mogłaby się nam przydać. Na pewno ma z Niemcami dobre kontakty.
- Nie zgodziła się, kiedy ją o to pytałem - zełgał. Nie mógł przecież powiedzieć, że Weronika gardzi wszelkimi działaniami wojennymi i nie ma najmniejszej ochoty angażować się w sprawy konspiratorów.
- No cóż. Poradzimy sobie sami. Moi państwo, musimy obmyślić plan odzyskania kradzionego złota. - Car uśmiechnął się zagadkowo. - Porozmawiamy o tym na następnym spotkaniu. Pojutrze w tym samym miejscu, o tej samej porze.
- Chwileczkę! - wtrąciła Barbara. - Dowiedziałam się, kto zdradził Kwietnia.
Zgromadzeni spojrzeli na nią z zainteresowaniem.
- To jeden ze złodziei, został zmuszony do współpracy przez gestapo.
- Skąd się o tym dowiedziałaś? - spytał Tańczyński.
- Powiedział mi, jak go trochę przycisnęłam.
- Zaraz, zaraz, czy to oznacza, że ten, który donosił gestapo, wie, kim jesteś?
- Pewnie domyśla się, że jestem z konspiracji, ale nic poza tym. Stracił przytomność, kiedy go uderzyłam na pożegnanie. Nie mógł za mną pójść, a szanse, że mnie znajdzie na ulicy, są znikome.
Dowódcy wciąż patrzyli na nią podejrzliwie.
- Na przyszłość musisz zachować dyskrecję. Tego złodzieja trzeba będzie zabić. Szymański, zlikwidujesz tego człowieka, Siwa pójdzie z tobą i ci go wskaże. Janek, będziesz ich ubezpieczać - zadecydował Tańczyński.
- Tak jest! - Wymienieni odpowiedzieli chórem.
- Możecie się rozejść.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział 24 - Konfident

Barbara jeszcze nigdy nie przechodziła przez te okolice. Przedzierała się przez nieodśnieżone zaspy, by dotrzeć na wąską uliczkę, siedlisko złodziei. W wewnętrznej kieszeni trzymała kilka sztuk taniej biżuterii, mającej udawać złotą.
Zmarznięta, dotarła do ciemnej uliczki. Już po chwili trafiła na pierwszych podejrzanych typów. Obleśni kieszonkowcy wpatrywali się w nią podejrzliwie. Nie przejmując się nimi, Barbara zagłębiała się coraz dalej w cuchnący zaułek.
Nagle drogę zagrodził jej wysoki mężczyzna. Barbara wytrzymała spojrzenie wytrzeszczonych oczu, zaciskając usta.
- A panienka to do kogo?
- Do Jarka. Jestem od Kwietnia.
Paru złodziejaszków wymieniło ciche uwagi. Wysoki odsunął się, pozwalając rudowłosej przejść. Barbara podeszła do niskiego mężczyzny, najważniejszego w okolicy. Dziwne, że rzezimieszkowie drżeli przed tym śmiesznie małym, starszym człowiekiem. Niby pozory mylą.
- Pracuję dla Kwietnia. Miałam kupić broń, ponoć tu można coś dostać - powiedziała bez przywitania.
- Dla Kwietnia, powiadasz. Od kiedy to Kwiecień przysyła dziewczynki? Może się boi? - parsknął złodziej po lewej. Barbara natychmiast wyciągnęła nóż i błyskawicznym ruchem przycisnęła go do szyi rzezimieszka.
- Dziewczynki bywają niebezpieczne - szepnęła na tyle głośno, by stojący najbliżej mogli ją usłyszeć. Rozległy się głośne śmiechy, a Siwa odsunęła się od wściekłego złodzieja.
- Jaki masz towar? Zobaczymy, co to jest warte - zaskrzeczał niski. Barbara wyjęła tanie błyskotki.
- Z domu oficerowej z Żoliborza.
Ktoś gwizdnął cicho.
- Więc panienka jest złodziejem?
Barbara uśmiechnęła się chytrze w odpowiedzi. Mały przywódca już wyciągał grube paluchy po biżuterię, gdy rudowłosa zabrała mu ją sprzed nosa.
- Teraz wy, pokażcie mi, co macie.
- Antek! - Po usłyszeniu swojego imienia wysoki postawił przed niskim drewnianą skrzynię.
- Za to będą dwa. - Szef wyjął niemieckie pistolety.
- Kwiecień będzie zadowolony. - Pokiwała głową z udawanym zadowoleniem.
- Przecież Kwiecień był aresztowany. - Wyrwało się jednemu ze złodziei. Barbara przyjrzała się dokładnie sepleniącemu mężczyźnie.
- Skąd niby możesz to wiedzieć?
Mężczyzna otworzył usta, ale nic nie powiedział. Dopiero po chwili wymruczał kilka słów.
- Widziałem, jak go zabierali Niemcy.
- Aha. To coś ci się przywidziało.
- To dlaczego nie przyszedł sam? - Głos złodzieja zabrzmiał pewniej.
- Ty idioto, myślałeś, że Kwiecień będzie przychodził z każdą drobnostką? Nie fatygowałby się po dwa pistolety! - wrzasnęła Barbara. - To wszystko z mojej strony, mam nadzieję, że moja stopa więcej tu nie stanie. - Odwróciła się z zamiarem odejścia.
- Niech nie zniechęca cię ten dureń! - Zawołał za nią niski przywódca. - Wierzę, że zrobimy jeszcze niejeden interes.
- Interesują mnie tylko dobre interesy. - Barbara nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem.
Niski odczekał chwilę, po czym zwrócił się do Kostka.
- Kwiecień kupuje od nas najwięcej broni. Dzięki dobrym stosunkom z człowiekiem z konspiracji jeszcze nie wydali nas Niemcom. Chcesz to zepsuć?
Kostek wiedział, że najlepiej będzie przyznać rację Jarkowi i zejść mu z oczu. Chyłkiem opuścił główną uliczkę i skręcił w ciemny zaułek, na którym mieszkał.
Zorientował się, że nie jest sam. Od drugiej strony zaszła mu drogę drobna postać. Krzyknął cicho, gdy poczuł stal na szyi.
- Zadam ci pytanie, a ty mi na nie odpowiesz, jasne? - To była ta sama osoba, która przedtem kupiła dwa pistolety. - Doskonale. Skąd wiesz, że Kwiecień był aresztowany?
- Słyszałem...
- O, czyli jednak niczego nie widziałeś?
- Nie...
- Przymknij się. Kto z was wydał go gestapo?
- Nie wiem...
- Lepiej, żebyś wiedział. Może to ty? - Jej zadarty nos znajdował się milimetry od twarzy złodzieja. Szept Barbary zamienił się w syk.
- Nie, ja...
- Ty?
- Ja słyszałem od Nowaka, on coś mówił!
- Gdzie on jest?
- Nie wiem...
- Znowu to samo? Radzę ci uważać. Obiecuję ci, że jeśli mnie okłamiesz, znajdziemy cię. Kwiecień, Jarek, ja... Przed nami nie uciekniesz. Gadaj!
- Grozili mi! - wyjęczał, przerażony. - Wiedzą o mnie wszystko, kazali mi go wskazać!
- Kto?
- Fryce zasrane...
- Co im powiedziałeś?
- Adres Kwietnia.
- Skąd go znasz?
- Bywało się tu i ówdzie - zaśmiał się nerwowo.
- Co jeszcze wiesz? - Potrząsnęła nim, wściekła.
- Tylko tyle! Nic więcej nie powiedziałem!
- Ile razy jeszcze im doniesiesz? Zrobisz to, jak tylko o to poproszą. - To było stwierdzenie, nie pytanie.
- Ja nie...
- Och, zamknij się już. - Zamachnęła się i ugodziła go w głowę rękojeścią noża. Kostek zachwiał się i osunął na ziemię, a Barbara wymknęła się z mrocznej uliczki.

***

Kostka obudziła jego własna żona, odkopując go ze śniegu. Gdyby poleżał jeszcze kilka godzin, zamarzłby na dobre.
- Kostek, czy ty poważny jesteś? Jak jeszcze raz się upijesz i gdzieś zaśniesz, nie wyjdę cię szukać! - Wściekła i przestraszona Andzia pomogła mu wstać.
- Uspokój się, kobieto, zostałem napadnięty!
- Jesteś złodziejem, jak mogłeś zostać napadnięty?
- Ano, mogłem. Zobacz, dostałem w głowę! - Potarł bolące miejsce. - Muszę się napić.
- No jasne, przecież ci zimno. Zaraz znajdziemy jakiś bimber, tylko choć się przebrać.
Gdy tylko Kostek poczuł własne palce, ubrał się jeszcze cieplej, i wmawiając żonie, że musi coś załatwić, pobiegł na kwaterę gestapo.
Opowiedział von Rheinfelderowi o tym, jak rudowłosa wariatka próbowała go zabić na jego własnym terytorium. Wyjawił, że pytała o to, kto wrobił Kwietnia.
- To na pewno jedna z tych bandytów - zakończył.
- Hmm, ruda, powiadasz? - Oficer odszukał kartkę z zeznaniami rannego konwojenta. - A gruba była?
- Raczej szczupła, bym powiedział, że nawet chuda.
- Interesujące. Musisz ją odnaleźć.
- Groziła mi, że mnie zabije!
- Ja też. - Tracił cierpliwość. - Masz ją odnaleźć i zrobić zdjęcia jej i osób, z którymi się spotyka. Dostaniesz od nas aparat, tylko nie zgub go. Inaczej będziesz musiał jakiś ukraść. - Uśmiechnął się złośliwie.
Kostek chwilę trawił jego słowa.
- To znaczy, że...
- To znaczy, że możesz się wynieść i zająć robotą. Masz tu wrócić za pięć dni. Aha, aparat da ci mój sekretarz.
Hauptsturmführer poczekał, aż złodziej wyniesie się z pokoju. Wyszedł zaraz za nim i wydał polecenie dwóm agentom.
- Jedźcie za nim i nie spuszczajcie z niego oka. Polacy mogą chcieć się go pozbyć, aresztujecie wszystkich, którzy go zaatakują. Jeśli on będzie próbował kogoś ostrzec lub uciec z miasta, aresztujcie jego.
Dwóch barczystych mężczyzn skinęło głowami. Ubrali czarne kapelusze i w ciszy ruszyli za złodziejem.
Von Rheinfelder kazał zawołać do siebie Birkego. Wrócił do swojego gabinetu i zapalił papierosa. Tyczkowaty oberscharführer stawił się u oficera, nim ten wyrzucił niedopałek do popielniczki.
- Panie hauptsturmführer, przesłuchałem tę dziewczynę.
- No i?
- Powiedziała, że nazywa się Ewa Dudkiewicz i nic nie wie.
- Ciągle to samo. Może jeszcze mówić?
- Niedługo powinna. Zemdlała godzinę temu.
- Przyprowadź ją tutaj, gdy się obudzi. Może będę bardziej skuteczny.
- Tak jest! - Zniknął za drzwiami. Von Rheinfelder wyciągnął drugiego papierosa, licząc na to, że dopali go w spokoju.
Birke wepchnął do środka więźniarkę. Po ubraniach i długich włosach można było rozpoznać w niej dziewczynę. Napuchnięta twarz pokryta była krwią i dwoma rozległymi siniakami.
- Jak się nazywasz? - zapytał oficer ze spokojem.
- Ewa Dudkiewicz.
- Usiądź, proszę.
Niepewnie podeszła, chwyciła rękoma oparcie i osunęła się na miękkie siedzenie.
- Mam dla ciebie propozycję. Wiemy, że mieszkałaś z Zofią Jackowską, należącą do przestępczej organizacji Polaków. Nie zaprzeczaj, to nie ma sensu - dodał, widząc, jak dziewczyna otwiera usta. Posłusznie je zamknęła, spuszczając wzrok. - Powiedzmy, że faktycznie nic nie wiesz. Chodzi nam o Zofię, nie o ciebie. Myślę, że będziemy mogli cię wypuścić.
Ewa uniosła lekko głowę, słuchając uważnie.
- Masz młodszą siostrę Janinę, prawda?
Nie odpowiedziała.
- Zaprowadź nas do Zofii Jackowskiej, a zapewniam cię, że małej Janinie nic się nie stanie. Wypuścimy cię i nie będziemy dalej nękać. Co ty na to? - Hauptsturmführer pochylił się nad biurkiem. - Masz dwie godziny na decyzję. Wyprowadzić!

***

Doktor Katarzyna zajęła się Alicją i Robertem zaraz po interwencji u Kwietnia. Na drugi dzień wróciła do mieszkania Barbary, aby przynieść zwolnienie z pracy. Od kilku tygodni aktorka pracowała w urzędzie, co było stabilną i bezpieczną posadą. Takich właśnie potrzebowali konspiratorzy, by wtapiać się w tłum i prowadzić pozornie normalne życie.
- Wypisałam ci zwolnienie na trzy tygodnie. - Lekarka podała dokument Alicji. - Przeziębiłaś się na dworze i masz zapalenie płuc. Nie wychodź z domu i nie przeciążaj tej nogi. Przyjdę do ciebie za tydzień na kontrolę.
- Dziękuję pani bardzo.
Doktor Katarzyna uśmiechnęła się dobrotliwie i wyszła.
- Ha, przeziębienie, na pewno się na to nabiorą - ucieszyła się Barbara. - Nie pamiętam tak chłodnej zimy. A przecież jeszcze się nie zaczęła!
- Zaniesiesz to zwolnienie do urzędu?
- Masz to jak w banku.
- Dzięki. Myślisz, że będę mogla kiedyś tańczyć?
- Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że takie rzeczy w końcu się goją. Z kolanem byłoby gorzej. Noga się zrośnie i po wojnie będziesz mogła występować w teatrze jak dawniej.
- Też mam taką nadzieję, chociaż z tą wojną to nie wiem. Musisz przyznać, że nie wygląda to dobrze. Niemcy wszędzie, nas jest niewielu, i niewiele możemy zdziałać.
- Będzie nas więcej, wciąż rekrutujemy nowych ludzi. Wcale nie jest nas tak mało.
- Słyszałam, że wielu z nich to harcerze. Co mogą zrobić takie dzieci?
- Widzę, że nie doceniasz harcerzy - zaśmiała się Barbara.
- Wybacz, ale co oni mogą? Co mogą tacy ludzie jak ja? Niemcy nas powystrzelają, mnie już trafili.
- Trafili w nogę. Za trzy tygodnie wracasz do służby, nie rób z siebie takiej kaleki.
- Wrócę, jeśli będę w stanie chodzić.
- Chcesz siedzieć bezczynnie przez prawie miesiąc? Co to, to nie! Wymyśliliśmy ci zajęcie. Umiesz rysować? Albo ładnie pisać?
- Rysować tylko tancerki. Zależy, co pisać.
- Opowiadania, wiersze, artykuły?
- To już prędzej, jako aktorki musimy czasem improwizować i znamy wiele tekstów.
- Doskonale, właśnie dostałaś przydział do redakcji ulotek i gazetek. Nasze mieszkanie zostanie przekształcone w warsztat pisarski dla konspiratorów.
- Co to oznacza?
- Będą przychodzić tu inni i razem zaprojektujecie ulotki i przygotujecie prasę konspiracyjną. Taniec wspominał jeszcze coś o odezwach dla cywilów. Nie będziesz się nudzić, do tego zapewniamy ci miłe towarzystwo kilku harcerzy. - Puściła oko do Alicji. Ta parsknęła cicho, ale też się uśmiechnęła.
- W takim razie nie mogę się doczekać.

sobota, 12 sierpnia 2017

Rozdział 23 - Kolory pośród szarości

Na korytarzu kamienicy było cicho i pusto, dlatego pani Renadzka poważnie się przestraszyła, gdy zza ściany wyszła młoda kobieta. Wyglądała osobliwie, spod granatowego beretu wystawały jej niedbale upięte niebieskie włosy.
- Przepraszam, pani tu mieszka? - zagadnęła nieznajoma.
- Dziecko, przeraziłaś mnie nie na żarty. - Starsza pani głośno oddychała.
- Przepraszam najmocniej, nie miałam takiego zamiaru. - Zabrzmiało to tak szczerze, że Renadzka uspokoiła się i zapytała o imię właścicielkę niebieskich włosów.
- Zofia jestem. - Skłoniła głowę.
Renadzka odpowiedziała i potwierdziła, że mieszka w tej kamienicy.
- A wie pani, czy ostatnio kogoś tutaj zabrali Niemcy? - spytała Zofia.
- Była taka jedna dziewczyna, wyprowadzili ją razem z Cierniakiem, o, tutaj. - Wskazała ręką drzwi, oznaczone małą dwójką. Wciąż podejrzliwie obserwowała nieznajomą.
- Dziękuję pani bardzo. Nie będę zabierać pani więcej czasu, do widzenia!
Zofia wyszła na ulicę i cicho przeczytała adres, zapisany na małej karteczce. Następnie sprawdziła godzinę na zegarku. Za pięć minut miała być kilka ulic dalej, na spotkaniu konspiracji. Miała pomóc oddziałowi majora Kwietnia w odczytaniu niemieckich zapisków.
Dobiegła do najbliższej rikszy, wołając do kierującego nią chłopaka. Usiadła na kanapie, głośno popędzając przewoźnika.
- Ciszej, jeszcze Fryce się przyczepią! - upomniał ją, ale przyspieszył. W rezultacie dotarła na miejsce jedynie trzy minuty po czasie.
- O, właśnie idzie. - Usłyszała męski głos, gdy wykonała kilka puknięć do drzwi. Był to kod, który miał pomóc w rozpoznaniu konspiratorów. Kobieta weszła do środka, rozglądając się wokoło.
- Serwus! - przywitała się. - Sybilla jestem.
- Serwus - odpowiedziało jej kilka głosów.
- Siwa.
- Janek.
- Szymański. A to kapitan Tańczyński. - Ostatni z zebranych kiwnął głową.
- Mamy tutaj coś, co trzeba rozszyfrować. To prywatny notes gruppenführera Bülowa - powiedział mężczyzna. - Prawdopodobnie będą tam nazwiska i kontakty polskich konfidentów i współpracowników generała. Na kiedy możesz to zrobić?
Zofia zastanowiła się na chwilę. Wzięła do ręki oprawioną w skórę książeczkę i przekartkowała pospiesznie.
- Wydaje mi się, że to pilna sprawa. Postaram się na sobotę. Może być? - spytała kapitana.
- Dobrze. W sobotę spotkamy się o tej samej porze pod tym samym adresem. Możesz odejść.
- Jeszcze jedno! - przypomniało się Zofii. - Niemcy zabrali moją współlokatorkę, mieszkanie jest spalone. Potrzebuję noclegu na najbliższe dni.
- Chwileczkę... - Tańczyński przeszukał kieszenie. Wyciągnął długopis i kartkę papieru i nabazgrał na niej adres Beaty Wal.
- To jest sprawdzone mieszkanie ciotki Heleny, powiedz tylko, że jesteś od Topora.
- Tak jest! I dziękuję. Serwus! - pożegnała się i wyszła.
- Podobają mi się jej włosy - skomentowała Siwa.
- Baletnica na pewno może ci o niej poopowiadać - szepnął do niej Janek. - To awangardowa artystka i malarka. Jakby tego było mało, jedna z lepszych szyfrantek.
-  Możemy wejść do majora, obudził się - zakomunikował Robert. Wszyscy przeszli do pokoju obok, gdzie leżał Kwiecień. Otoczyli go kołem, czekając na to, co ma do powiedzenia.
- Słuchajcie uważnie - zaczął dowódca. Każde słowo było ledwo słyszalne, jakby mówienie było zbyt męczące dla majora. - Sybilla rozszyfruje ten notes, w razie czego pomoże jej Andrzejka, są w tym najlepsze. Nie zdradziłem Niemcom żadnych informacji, ale mógł to zrobić ktoś inny. Musicie uważać, ktoś na mnie doniósł i na was też może. Podejrzewam, że zdradzić mnie mógł któryś z tych złodziei, szumowiny. Kupowałem od nich broń, pewnie mieli ją prosto od Niemców. Siwa, przenikniesz do ich środowiska i spróbujesz się czegoś dowiedzieć.
- Tak jest! - Barbarze ściskało serce na widok majora, starającego się brzmieć jak dawniej.
- Lokal na Grzybowskiej może być spalony, Janek, sprawdzisz to i ostrzeżesz Anikę.
- Tak jest.
- Nie zostało mi wiele czasu - Kwiecień odkaszlnął ciężko. - Kapitan Tańczyński przejmuje dowodzenie nad waszym oddziałem. - Nie było sensu protestować. Nawet gdyby Kwiecień przeżył, powrót do dawnej sprawności zająłby mu wiele tygodni. - Jaki jest stan Baletnicy?
- Doktor Katarzyna mówiła, że rana zagoi się za miesiąc. Już widać poprawę, Baletnica przestała uskarżać się na mocne bóle - powiedziała Barbara.
- Dobrze, dobrze. Robert, jak twoja rana?
- Draśnięcie. Straciłem tylko trochę krwi. - Wskazał bok.
- Nie mam nikogo na sumieniu... - Major westchnął z ulgą. - Mam nadzieję, że zobaczymy się na najbliższym spotkaniu.
Jak się później okazało, więcej się nie spotkali. Józef Maj zmarł tej nocy podczas snu.

***

Ciotka Helena mieszkała całkiem niedaleko, jak się później okazało. Zofia zapukała energicznie i odsunęła się nieco. Otworzyła jej kobieta przed pięćdziesiątką.
- Dzień dobry, ja od Topora. Czy zastałam ciotkę Helenę?
- Tak, to ja.
- Potrzebuję pokoju na kilka nocy.
Kobieta zmierzyła dziewczynę wzrokiem.
- Wejdź, proszę. Akurat zwolnił się jeden pokój. - Zakluczyła za nią. - Szukają cię?
- Można tak powiedzieć, aresztowali moją współlokatorkę. Sybilla jestem - przedstawiła się i położyła swój plecak pod ścianą.
- Helena. - Pani Wal również podała swój konspiracyjny pseudonim. Odebrała od Zofii zimowy płaszcz i schowała go do szafy.
- Bezpieczniej będzie, jeśli zmienisz kolor włosów na... mniej rzucający się w oczy? - spytała Beata, krytycznie patrząc na niebieskie kosmyki.
- Miałam nadzieję, że uda mi się je zatrzymać - westchnęła. - Ale ma pani rację. Zmyję tę farbę. Od dawna chciałam je też obciąć, za bardzo wpadały mi do oczu.
- Krótkie włosy nie są ostatnio zbyt popularne, skrócę ci je do ramion.
- No dobrze, dziękuję bardzo.
- Możesz zostać tu tak długo, jak chcesz, ale musisz być ostrożna. W pokoju obok mieszka jeden robotnik, nie sądzę, by był w konspiracji.
- Oczywiście, może być pani spokojna.
- Tutaj będzie twój pokój. Masz szczęście, niemiecki oficer zrezygnował z moich usług dwa tygodnie temu. Nie będzie się tobą interesował.
Zofia zamknęła za sobą szklane drzwi, wyjęła z plecaka ołówek i kartkę papieru. Nakreśliła kilka słów, po czym schowała liścik do torby.

"Moja Kochana J.,
Do końca tygodnia nie mogę się z Tobą spotykać. Wynajmuję pokój, mieszkanie musiałam sprzedać, nie szukaj mnie w nim. Odezwę się wkrótce,
Twoja Z."

sobota, 5 sierpnia 2017

Rozdział 22 - Duma i zagrożenie

3 grudnia 1939

Tego dnia między licznymi mieszkańcami Warszawy, którzy odśnieżali stolicę, znalazła się Weronika. Zazwyczaj zostawiała takie prace innym, jednak dzisiaj miała przydział w kościele. Zaraz po porannej mszy zabrała z zakrystii łopatę i odgarnęła śnieg ze ścieżki prowadzącej do głównego wejścia. Zanim doszła do wejścia bocznego, wpadła na Zuzannę, sypiącą piach na oblodzoną dróżkę.
- Co ty tutaj robisz? - Wercia wyściskała dziewczynę.
- Pomagam ci w odśnieżaniu.
- Miałaś nie przychodzić w czwartki i niedziele...
- Ale dzisiaj nawet moja mama wyszła odśnieżać ulicę. Przecież ciężko jest przejechać, a wojsko niemieckie musi mieć możliwość szybkiego przemieszczania się po mieście - wyrecytowała i zachichotała cicho. Weronika też się uśmiechnęła.
Zakończyło się kolejne nabożeństwo. Z kościoła wychodzili wierni, gęsiego drepcąc po wąskiej ścieżce. Od strony zakrystii przyszła siostra Hiacynta, prowadząc ze sobą dwie inne osoby.
- Przyprowadziłam wam dwie panienki do pomocy. - Siostra Hiacynta wskazała na Barbarę i Andreę.
- Andrea, dobrze pamiętam? - odezwała się Zuzanka.
- Czyli nawet się znacie, doskonale. Co to się dzieje z tym światem, że młode panienki muszą odśnieżać za mężczyzn... - Siostra zostawiła je same, wracając do budynku.
- O, Andrea, witajcie. - Weronika otarła spocone czoło.
- Cześć. To jest Barbara. - Andrea przedstawiła przyjaciółkę.
- Weronika. Musimy dokończyć odśnieżanie bocznej drogi, a potem poszerzyć główną ścieżkę - poinstruowała nowe pomocnice.
- A my już się znamy. - Zuzanna radośnie potrząsnęła dłonią rudej. Barbara posłała jej ostrzegające spojrzenie, jak się okazało, niepotrzebnie. - Widujemy się w szpitalu na praktykach.
- Sami lekarze wokoło - mruknęła Weronika. - Bierzemy się do pracy, bo chyba tu zamarznę.

***

Po godzinie pracy Zuzanna wróciła do domu. Matka już na nią czekała ze skromnym obiadem.
- Wszędzie pełno śniegu, zimno niemiłosiernie, jakby Niemców nam było mało - narzekała pani Kolęda. - Przebierz się koniecznie! Nie możesz się przeziębić.
Kiedy usiadły, kobieta przeszła do poważniejszych tematów.
- Zuzanko, martwię się o ciebie. Nie wyglądasz już tak zdrowo, zrobiłaś się małomówna - zaczęła.
- Spokojnie mamo, może to zima.
- Raczej brak snu. Może powinnaś zostawić wieczorną naukę? Rozumiem, że chcesz się skupić na pomocy ludziom, dlatego zgadzam się na dalszą pomoc w szpitalu.
- Mamo, nic mi nie będzie, nie martw się tyle.
- Jak mam się nie martwić, dziecko? Może chociaż zrezygnujesz z pracy w kościele?
- Koleżanka zaoferowała, że mnie zastąpi w czwartki i niedziele.
- Chociaż koleżanka ma trochę oleju w głowie, podziękuj jej ode mnie. Która to?
- Nie znasz jej, przyjechała do Warszawy kilka miesięcy temu.
- Uciekła ze Wschodu?
- Nie, wprowadziła się jeszcze przed wojną, poznałyśmy się w kościele.
- No dobrze, ale czy to wystarczy? Nie musisz tyle pracować...
- Ale chcę, mamo. Muszę być silna.
- Jesteś jeszcze dzieckiem...
- Mamo, jestem dorosła!
- To tylko osiemnaście lat...
- Mamo. - Zuzanna spojrzała rodzicielce w oczy. - Nie jestem już dzieckiem. Walczę za Polskę tak, jak tata.
Matka nie zrozumiała, dlatego Zuza pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Dołączyłam do konspiracyjnej organizacji.
Kobieta wstała i objęła córkę.
- Zmartwiłam się okropnie, nawet nie chcę myśleć o tym, co Niemcy... Ale jestem też z ciebie dumna. Jeśli będę mogła wam w jakiś sposób pomóc, powiedz.
- Dziękuję, mamo.

***

Zaraz po przyjściu do kwatery głównej gestapo von Rheinfelder udał się do zastępcy komendanta, sturmbannführera Waltera Wagnera.
- Walter, posiadam komplet dowodów, świadczących przeciw jednemu z generałów - powiedział hauptsturmführer, gdy zasiedli w wygodnych fotelach. - Okrada Trzecią Rzeszę oraz załatwia nielegalne interesy z Polakami.
- Któż to taki, Karl?
- Gruppenführer von Bülow.
- Zastanawiające. Co na niego masz? - zapytał, podając towarzyszowi paczkę papierosów. Zapalili oboje.
- Jeden z naszych żołnierzy słyszał, jak pijany strażnik z rezydencji von Bülowa rozpowiadał o złocie i cennych przedmiotach, gromadzonych przez gruppenführera. Oprócz tego wiem, że podejrzany kontaktuje się z Polakami, w tym konspiratorami.
- Czy to potwierdzone informacje?
- Moje źródła są pewne. Zorganizuj mi, proszę, pozwolenie na areszt gruppenführera i przydzielenie odpowiedniej eskorty.
- Musisz poczekać z tym do przyszłego tygodnia. Powiedz mi jeszcze, Karl, słyszałem, że odbito twojego więźnia?
- To byli niebezpieczni bandyci. Moi ludzie już ich szukają.
- Jak niby planujesz odszukać ludzi, których nikt nie widział, bo wszyscy nasi ludzie zginęli? - Wyraźnie rozeźlony, zgasił papierosa w popielniczce.
- Jeden przeżył. Leży w szpitalu, ale jego stan pozwolił mu na opisanie kilku z nich.
- No, pochwal się Karl, co wiecie?
Von Rheinfelder wyjął kartki z tekturowej teczki. Zaczął czytać.
- Kobieta, rude włosy, szczupła. Mężczyzna z karabinem maszynowym. Mężczyzna, ciemne włosy, zastrzelił kaprala. Powinien mieć ranę postrzałową na tułowiu, nasz dzielny żołnierz go trafił - dodał oficer.
- I co dalej? - zapytał zastępca komendanta.
- To wszystko.
- Jak niby chcecie znaleźć tych ludzi? Aresztujecie każdą rudowłosą kobietę?
- Zaangażowałem jednego Polaka, tego, który dostarczył nam informacje o tym, którego zaaresztowaliśmy. Powinien dowiedzieć się, kto trzyma z naszym uciekinierem.
- Załatwię ci to pozwolenie na aresztowanie von Bülowa, ale musisz złapać choć jednego z tych bandytów. Może skłonimy ich do współpracy.
- Ten poprzedni nie był zbyt chętny... - przyznał von Rheinfelder.
- To nie polepsza twojej sytuacji.
- Tamten musiał być kimś ważnym. Jeśli trafimy na pionka, powinno być łatwiej.
- Jeśli tamten był taki ważny, to jeszcze bardziej pogrąża cię jego strata.
- Obiecuję, że to się nie powtórzy, a następny wszystko nam wyśpiewa.
- Lepiej, żeby tak było. Idź już i zajmij się swoją robotą.
- Do zobaczenia, Walter.