niedziela, 23 kwietnia 2017

Rozdział 15 - Tyle nieporozumień

Kwiecień stracił przytomność po kolejnym ciosie. Oberscharfuhrer Johann Birke, wysoki i chudy niczym drąg, który trzymał w ręce, otarł czoło. Odłożył narzędzie pracy z głuchym stuknięciem. Usiadł na krześle za biurkiem i tępo wpatrzył się w jedną z czterech szarych ścian. Słońce świeciło jasno, oświetlając przez malutkie okienko zmasakrowaną twarz majora. Leżący w kałuży krwi zakaszlał, budząc się tylko po to, by znowu zemdleć.
Siwiejący, siedzący sztywno gestapowiec wstał i podszedł do Polaka. Odwrócił go na plecy czubkiem wypolerowanego buta.
- Strażnik! - warknął nieprzyjemnym głosem. W drzwiach stanął szeregowiec z nadwagą. - Zabrać więźnia!
Żołnierz dość niewprawnie chwycił majora za nogi i wyciągnął go na korytarz. Na podłodze pozostała mokra smuga zmieszanej z potem krwi.
- Nie zamykaj! - dobiegło zza drzwi. Birke stuknął obcasami, gdy do środka wmaszerował von Rheinfelder.
- Powiedział coś? - zapytał haupsturmfuhrer.
- Na razie nic.
- Musisz się bardziej przyłożyć. Wymyśl coś. - Z obrzydzeniem cofnął stopę, którą wdepnął w krew. - I posprzątaj tutaj!
- Tak jest! Strażnik! - ryknął. - Przyślij tu kogoś, niech zmyje tę podłogę.

***

Zuza zdziwiła się, gdy w drzwiach zamiast kolegi z konspiracji stanęła Weronika. Otworzyła jej, szybko wymyślając jakąś historyjkę.
- Cześć, nie spodziewałam się ciebie.
- Ja tylko na chwilkę, babcia chce upiec ciasto, zbliżają się jej urodziny. Pomyślałam, że może przyjdziesz do mnie, na pewno kilka kawałków zostanie.
- Dziękuję ci za zaproszenie - powiedziała dziewczyna z przyjemnym zaskoczeniem. - Możesz wejść na chwilę. - Zrobiła jej miejsce. - Czekam akurat na kuzyna, miał przynieść szalik, który zostawiłam u niego ostatnim razem - zełgała, czując, jak robi jej się gorąco. Nie przywykła do kłamania.
- No dobrze, to tylko na chwilę - przekroczyła próg. - Byłam w tym domu mody, mogę ci opowiedzieć.
- Koniecznie! - Zuzanna zamknęła drzwi. - Będziesz tam pracować?
- Tak, zdecydowałam się.
- Daj mi swój płaszcz, odwieszę.
- Naprawdę nie trzeba, zaraz wyjdę. Kiedy przyszłam, dostałam do ubrania czerwoną suknię - zaczęła opowiadać Weronika.
- Ojej! - Zuza zrobiła rozmarzoną minę.
- Zrobili mi makijaż, a potem fotograf kazał mi pozować. Zrobił parę zdjęć, nawet jedno mam.
- Pokaż!
Weronika wyjęła zdjęcie z torebki i podała koleżance. Zuza wydała z siebie okrzyk podziwu, oglądając je dokładnie.
Wtedy do drzwi ktoś zapukał.
- O, to pewnie on! - Zuza podeszła do drzwi, wciąż trzymając kartkę z podobizną Weroniki.
- Serwus - przywitał się Fryderyk.
- Wejdziesz? - zapytała Zuza, czerwieniąc się. - To jest moja sąsiadka, Weronika - nie chciała, by ta dowiedziała się o jej kłamstwie, ale nie mogła też powiedzieć jej prawdy o znajomym z konspiracji, toteż nie dała młodzieńcowi dojść do głosu. - A to mój kuzyn - podkreśliła ostatnie słowo. Fred spojrzał na Zuzę i w mig załapał, o co chodzi. Podniósł wzrok i zobaczył Weronikę.
- Kornel, miło mi - podał jej rękę, przełykając ślinę.
- Mi również. - Odpowiedziała lodowatym tonem. - Ja już wychodzę. - Skinęła głową w stronę Zuzy. - Do zobaczenia. - Odeszła.

***

W kościele siostra Hiacynta zamiatała podłogę w nerwowym oczekiwaniu. Rzucała ukradkowe spojrzenie każdemu gościowi świątyni. W duchu podzięowała Bogu, kiedy przez otwarte drzwi weszła Zuzanna.
- Szczęść Boże! - przywitała zakonnicę.
- Szczęść Boże! - odpowiedziała kobieta. - Trzeba sprzątnąć u księdza proboszcza. Zaprosił na herbatę tych nowych ministrantów.
- Wiem, mówił mi. Przyjdzie moja koleżanka do pomocy - wyrecytowała dziewczyna, siląc się na naturalny ton. Siostra skinęła głową i powróciła do zamiatania.
Do kościoła przyszła Barbara. Fryderyk uprzedził Zuzannę, że Siwa jest bardzo szczupła i ma rude włosy. Zuzia posłała jej uśmiech, wskazując na zakrystię. Młoda kobieta przeżegnała się i wraz z Zuzią weszła do osobnego pomieszczenia.
- Siwa jestem - dziarsko uścisnęła dłoń łączniczki.
- Berta. A to jest ksiądz Tomasz, nasz proboszcz. - Za proboszczem stał kapitan Tańczyński, przygarbiony i z rękoma w kieszeniach.
- Niech będzie pochwalony. I dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Na wieki wieków, amen. No, to teraz czekamy na naszych ministrantów. - Proboszcz usiadł przy dębowym stole.
- Zaiste. - Zuzia niemal podskoczyła, gdy z cienia za szafą wyłoniła się postać dowódcy.
- Nasz dowódca, major Car. - Zuzanna przedstawiła kolejnego mężczyznę.
- Siwa.
- Zaparzę herbatę - zaoferował proboszcz.
- Mamy jeszcze pół godziny. - Major rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę. Wyglądał na młodszego od Kwietnia i Tańczyńskiego, choć siwizna przyprószyła i jego jasne włosy. Barbara czuła się nieswojo, gdy się uśmiechał. Było w tym coś zalotnego, coś pociągającego, co sprawiało, że kobiety rumieniły się na jego widok.
Wypili herbatę, rozmawiając o niezwiązanych z konspiracją rzeczach. Dokładnie pół godziny później ktoś zapukał do drzwi. Zebrani popatrzyli po sobie.
- Spokojnie, ja otworzę. - Siostra Hiacynta pospieszyła, by chwycić za klamkę. W szparze pojawiła się głowa Fryderyka.
- Niech będzie pochwalony. - Wszedł do środka, prowadząc za sobą kolegów. Jak się okazało, poznali się jeszcze w drodze. Filip, Robert i Janek stanęli przy stole. Major wstał, młodzi zasalutowali.
- Widzę, że jesteśmy już w komplecie. To jest Siwa. - Barbara podała rękę nowym współpracownikom. - Tańczyński, Szymański i Janek. Panowie, to jest łączniczka Berta - Zuzanna uśmiechnęła się promiennie. - Zapraszam do stołu.
Rozłożył mapę, wskazując palcem dom mody.
- Tutaj znajduje się nasz cel. Dwudziestego listopada, odbędzie się zamknięty pokaz mody. Zjeżdżają się na niego projektanci, niemieckie damy w towarzystwie wysoko postawionych oficerów, jak i Polacy, którym nie przeszkadza fakt, że zadają się z Niemcami. Mamy już bilety dla kapitana Szymańskiego. Przedstawi się jako młody spadkobierca fabryki odzieży z Łodzi. Wniesie na salę materiały łatwopalne i podłoży ogień. Topór weźmie samochód należący do konspiracji i zawiezie Szymańskiego. Siwa i Nicpoń wybiją szyby, kiedy wybuchnie panika. Berta stanie na rogu ulicy, w tym miejscu. - Zuzanna wychyliła się, by lepiej widzieć. - Będziesz obserwować drogę. Kiedy zobaczysz nadjeżdżających Niemców, wyciągniesz z torebki chustkę i udasz, że dmuchasz nos. Potem podbiegniesz do rikszy, którą zawiozę nas pod bramę domu kapitana Tańczyńskiego. - Przeciągnął palec dwa centymetry dalej. - Tam spotkamy się po akcji. Na jej czas zostanie wam przydzielona broń. Jakieś pytania?
Pytań nie było. Jedynie Zuzanna zanotowała w pamięci, by spytać Weroniki, w którym domu mody zacznie pracę. Tak na wszelki wypadek.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozdział 14 - Ciężki poranek

13 listopada

Weronika niepewnie zapukała w zamknięte drzwi domu mody. Jego właściciel prosił, by przyszła wcześniej, przed otwarciem, świeża i czysta. Otworzyła jej drobna, wysuszona kobieta.
- W sprawie pracy? - Spojrzała na nią znad notatek.
- Tak, do pana Tymianka.
- Zapraszam. - Wpuściła ją do środka. - Halina Małgorzewska, asystentka pana kierownika.
Zamknęła drzwi za dziewczyną. Do otwarcia zostało jeszcze trochę czasu. Bez klientów było tu dziwnie pusto. Zza ściany słychać stłumiony głos właściciela. Wercia nerwowo przełknęła ślinę, słysząc kolejne przekleństwo. Wolała zastać go w dobrym humorze.
- Panie kierowniku! - zawołała Małgorzewska, wchodząc do części zamkniętej dla odwiedzających sklep. - Kandydatka do pracy przyszła.
Tymianek natychmiast się opanował, przygładził marynarkę i podszedł przywitać dziewczynę.
- Zapraszam panią do krawca, zobaczymy, czy trzeba będzie szyć w nowym rozmiarze. Zdejmie pani miarę, następnie nasz fotograf zrobi pani kilka zdjęć próbnych. Proszę - otworzył drzwi na korytarz, przepuszczając Weronikę przodem.
Krawiec był z pewnością żydowskiego pochodzenia. Tacy nie mieli teraz łatwego życia. Dziewczyna słyszała już o szykanach, które spotykały tych ludzi. Potęgowało to tylko nienawiść, jaką czuła do hitlerowców.
Mężczyzna kazał jej rozebrać się aż do bielizny. Nie zgodziła się na to, dopóki Tymianek nie wyszedł z pokoju, niepocieszony. Okazało się, że choć Weronika była nieco niższa od większości modelek i nie tak szczupła, mieściła się w granicach rozmiarów. Zadowolony kierownik wybrał czerwoną suknię wieczorową i poprosił dziewczynę, by ją założyła. Asystenka Małgorzewska pomogła Werci wcisnąć się w kreację. Kiedy uporały się z zapięciem na plecach, właściciel wrócił z kolejnym mężczyzną.
- Nowak, popraw tej pani makijaż.
- Tak jest, szefie! Chodź, moja droga - zwrócił się do Weroniki. - Lepiej nie opóźniać, kiedy kierownikowi się spieszy - szepnął do niej, gdy wyszli na korytarz. Minęli kilka dziewcząt, patrzących na nich z ciekawością. Szeptały między sobą, za cicho, by można było rozróżnić słowa.
Korytarz, podobnie jak wszystkie inne, urządzony był na bogato, w odcieniach ciemnej czerwieni. Zaprowadził ich aż do gabinetu makijażysty, z którego można było wyjść prosto na elegancką salę, gdzie prezentowane były najnowsze krzyki mody.
- Proszę usiąść przed tym lustrem. - Makijażysta wyciągnął rękę, dłonią wskazując krzesło. Sam zaraz wyciągnął pędzle i pędzelki. Obchodził się z twarzą niczym z dziełem sztuki. Gdy skończył, Weronika nie mogła siebie poznać. Z lustra patrzyła na nią jakaś gwiazda kina. Usta w kolorze sukni, długie rzęsy.
Nagle przypomniała sobie, że jest wojna. Ludzie ginęli, a ona siedziała przed lustrem, podziwiając piękny makijaż. Czuła, że powinna coś zrobić, zamiast tutaj siedzieć. Otrząsnęła się. Przecież coś robiła. Próbowała zdobyć pracę, by utrzymać siebie i babcię. Zrobiła pogardliwą minę do swojego odbicia.
- Och tak, koniecznie musi tak pani spojrzeć przy pozowaniu do zdjęć! - ożywił się Nowak. - Jestem pewien, że uda się pani zdobyć tę pracę. Speszona dziewczyna podziękowała skinięciem.

***

Kostek stał na środku korytarza, starając się nie rozglądać za bardzo. Ze zdenerwowania miętosił czapkę, mocno już wyświechtaną. Przyszedł przed dziewiątą, w nadziei, że spotka von Rheinfeldera na korytarzu i będzie mógł uciec stąd jak najszybciej.
Za dwadzieścia dziewiąta przyszedł, nienagannie uczesany i wyprasowanym mundurze. Kroczył dumnie, patrząc przed siebie. Złodziej doskoczył do oficera.
- Panie hauptsturmfuhrer, mam ważną informację - skłonił głowę.
- Za mną! - Zawołał von Rheinfelder, wściekły, że wszyscy wokół widzą go, rozmawiającego z brudnym Polakiem. - Czego chcesz? - zapytał, zamykając za sobą drzwi.
- Panie oficerze, wczoraj jeden Polak kupował u szefa broń.
- Bandyta? - przerwał mu Niemiec.
- Tak, chyba tak. Dużo tego było, kilka skrzyń.
- Do rzeczy! - niecierpliwił się hauptsturmfuhrer.
- Znam adres, pod który zawieźli broń. A człowiek, który ją zakupił, mówią na niego Kwiecień...
- Adres!
Kostek wypisał go kulfonami, na karteczce podanej przez gestapowca. Von Rheinfelder wstał, wyrwał mu ją i sprężystym krokiem wymaszerował z gabinetu.
- Dobra robota - mruknął przez zęby do złodzieja. Ten przełknął głośno ślinę i skinął głową. - Wynoś się!
Oficer wysłał kilku agentów pod podany adres. Mieli zrobić rewizję i złapać tego bandytę. Niemcy wsiedli w czarny samochód i pojechali, po drodze mijając ciężarówkę Kwietnia, zmierzającą na ulicę Grzybowską.

***

14 listopada

W drodze do sklepiku pani Aniki Robert wpadł na Janka. Jego przyjaciel był wyraźnie zdenerwowany.
- Kwiecień aresztowany - wymamrotał. - Trzeba ostrzec innych.
- Skąd wiesz? - Zapytał Szymański, jak zawsze opanowany.
- Nasz człowiek, urzędnik z gestapo, widział, gdy go przyprowadzili. - Ruszył dalej przed siebie. - Chaber już wie, pakuje broń do śmietnika, zabierzemy ją kiedy tylko odwołamy spotkanie. Powiedz Tańczyńskiemu, tymczasowo obejmuje dowództwo. Spotkanie przełożymy na jutro, w kwaterze tamtego oddziału.
- A ty?
- Zawiadomię Siwą i Baletnicę. Tańczyński zna tamtego majora, niech przekaże mu wszystko.
- Idę. Serwus.
- Zaraz! - Janek zatrzymał go, nachylił się ku niemu i szepnął - Nie wierzę, żeby Kwiecień coś im powiedział. Ale musimy zachować ostrożność.
- Jasne.
Rozeszli się, każdy w swoją stronę. Robert przebiegł ulicę i zaczął wypatrywać kapitana w tłumie ludzi. Szedł razem z nieznanym mu człowiekiem, z wyglądu przypominającym Mikołaja II.
- Kwiecień aresztowany - przywitał  ich słowami Janka. - Spotkanie przełożone na jutro, w kościele. Weźmiemy auto i przewieziemy broń z Jankiem.
- Dokąd?
- Coś wymyślimy.
- Schowajcie ją w kościele u nas - odezwał się major. - Car - przedstawił się i podał rękę Szymańskiemu. - Dam znać moim ludziom. - Odwrócił się, zdjął z głowy kaszkiet i przetarł czoło wierzchem ręki. Kilka osób z tłumu skręciło w boczne uliczki, tak naturalnie i niepozornie, że nikt nie zorientowałby się, że zrobili to na znak dowódcy...
Tańczyński wymienił spojrzenie z towarzyszem i rzekł:
- Obejmuję tymczasowe dowództwo.
Skinął głową, odprawiając Roberta. Chłopak zawołał rikszę i kazał zawieźć się pod dom Janka. Poczekał na przyjaciela w bramie kamienicy, wystawiając twarz do słońca. Dobra pogoda była rzadkością w listopadzie.
Wyjechali na ulicę samochodem Janka. Jego ojciec był mechanikiem, w rodzinie Bednarzy nigdy nie brakowało starych, podreperowanych aut. Konspiratorzy często pożyczali samochody, dzięki czemu Janek miał pieniądze na kawałek chleba. Ojciec młodzieńca nadużywał alkoholu, zaniedbywał warsztat. Liczba aut znacząco spadła w ostatnich miesiącach i wciąż malała. Niemcy, właściciele większości z nich, woleli naprawiać swoje samochody w nowocześniejszych, lepszych warsztatach.
Pod sklepikiem nie działo się nic podejrzanego. Minęli lokal i zajechali od drugiej strony. Robert wysiadł pierwszy, rozglądając się dyskretnie. Nikt ich nie obserwował. Jak gdyby nigdy nic podszedł do najbliższego pojemnika na śmieci, wyciągnął skrzynię i załadował do samochodu. Wspólnie z Jankiem wypełnili tylne siedzenia bronią i amunicją i nakryli je starą płachtą. Wciąż w wielkim napięciu zamknęli drzwi, usiedli na fotelach i powoli wytoczyli się na ulicę. Udało im się ocalić broń dla kilku oddziałów.

***

To był ciężki poranek. Robert potrzebował chwilę, by usiąść, odpocząć i przemyśleć całą sytuację. Oczywiste było to, że muszą odbić kapitana. Kwiecień był zbyt istotnym człowiekiem dla konspiracji, był też ich dowódcą, który dbał o nich i był trochę jak ojciec. Byli mu to winni.
Młody porucznik zawędrował do restauracji "Zakątek". Usiadł przy najmniejszym stoliku, zdjął z głowy czapkę i przeczesał palcami czarne włosy. Musiał wyglądać przy tym na zmęczonego i przytłoczonego człowieka, gdyż zamiast zwyczajowego "dzień dobry, co dla pana?", usłyszał przyciszony głos kelnerki.
- Czy wszystko w porządku?
Rozpoznając delikatny niemiecki akcent, uniósł spojrzenie. Stała nad nim ta sama, chuda dziewczyna, Andrea. Nagle zrobiło mu się odrobinę cieplej na sercu. Wszystkie blondwłose, czerwonouste Niemki przechadzały się po ulicach w drogich futrach, wymyślnych kapeluszach, spoglądając z góry na Polaków. Tymczasem on widział przed sobą ciemnowłosą, przygarbioną kelnerkę, potulnie odbierającą zamówienia od mieszkańców Warszawy.
- Tak... Jestem tylko trochę zmęczony.
- I głodny? - zauważyła.
- Tak. - Robert na chwilę zapomniał, że w restauracji zamawia się jedzenie, nadal patrząc na kelnerkę.
- Co będzie dla pana?
- Poproszę... - spojrzał do karty. - Poproszę szarlotkę. Jestem Robert - dodał. Andrea posłała mu delikatny uśmiech i poszła po ciasto. Wróciła po chwili, niosąc spory jak na te czasy kawałek.
- Mogę się na chwilę dosiąść? - spytała, ku zdumieniu porucznika. - Mam chwilę przerwy.
- Oczywiście - odsunął jej krzesło, lecz zanim usiadła, wstrzymał ją ruchem ręki. - Poczekaj. Przynieś jeszcze jedną szarlotkę. Na mój koszt.
- Nie, dziękuję - zarumieniła się.
- Złożyłem zamówienie - puścił do niej oko. - Sam nie zjem tyle.
Dziewczyna udała dezaprobatę i przyniosła porcję dla siebie. Usiadła naprzeciwko mężczyzny, sama zdziwiona swoją prośbą. Coś pchało ją w jego stronę i nic nie mogła na to zaradzić.
- Często nas odwiedzasz - stwierdziła Niemka, nie mogła wytrzymać przedłużającej się ciszy.
- Mieszkam niedaleko - odrzekł. - Za to ty zaczęłaś tu pracować od niedawna.
- Tak - potwierdziła. - Przyjechałam na początku jesieni.
- Z Rzeszy? - uniósł brwi.
- Nie - spuściła wzrok. Wielu Niemców osiedlało się na podbitych terenach, lecz nie chciała, by jej rozmówca myślał, iż podobnie jak oni przyjechała tu wraz z nadętymi niemieckimi przedsiębiorcami, chcącymi wzbogacić się na wykorzystywaniu Polaków. - Z Gdańska.
- Cóż, teraz to już Rzesza - prychnął. Zaraz jednak zreflektował się i dodał: - Przepraszam, nie chciałem cię urazić. Spróbuj nas zrozumieć... - Łudził się, że może chociaż ona ma serce.
- Rozumiem. Wstyd mi za to, co robią Niemcy. - Straciła apetyt. Desperacko zapragnęła zmienić temat. - Czym się zajmujesz?
- Pracuję u stolarza. - Rzecz jasna, robota załatwiona była przez konspirację.
- A ja tu - stwierdziła, zupełnie bez sensu. Mimo to Robertowi to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mu, że siedzi przy jednym stoliku z Niemką. Wszystko było w jak najlepszym porządku.
- Muszę wracać. - Jego towarzyszka wstała i poprawiła biały fartuszek.
- Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. - Posłał jej uśmiech.
Nagle wszystkie problemy powróciły ze zdwojoną siłą. Kwiecień. Przełożone spotkanie. Niemcy w ich kraju. To był naprawdę wyjątkowo ciężki poranek.

czwartek, 23 marca 2017

Rozdział 13 - Komplikacje

Od siódmego dnia października kwaterą główną niemieckiego urzędu bezpieczeństwa i tajnej policji pełnił gmach przy alei Szucha. Idąc przez dziedziniec, hauptsturmfuhrer von Rheinfelder przyglądał się podejrzliwie wszystkim wartownikom. Nie tolerował niedbałości u podwładnych, samemu będąc wzorem niemieckiej precyzji, doskonałości i dbałości o szczegóły. Nieraz skrzyczał szeregowych za niedopięty mundur czy zaniedbywanie broni.
W swoim gabinecie czuł się dużo bardziej komfortowo niż na brudnych ulicach Warszawy. Nakazał, by codziennie jakiś gefreiter sprzątał w pomieszczeniu oraz ścierał kurz z portretu Fuhrera. Symbol władzy wisiał dumnie za biurkiem, dokładnie nad głową von Rheinfeldera.
Tym razem jednak oficer nie usiadł wygodnie na wygodnym krześle. Nie mógł siedzieć spokojnie, gdyż rozmyślał o rozkazie, który wydał mu wiceszef gestapo. Von Rheinfelder miał przejmować informacje dostarczane przez polskich agentów. Kontakty z odrażającymi wrogami, współpracującymi dla pieniędzy lub w obawie o swoje marne życie ubliżały porządnemu Niemcowi.
Tego dnia do jego gabinetu wprowadzono nerwowo miętoszącego czapkę w rękach mężczyznę.
- Co to za człowiek? - zapytał von Rheinfelder ze zniecierpliwieniem. Odpowiedział mu strażnik, eskortujący Polaka.
- Przyłapany na okradaniu Polaków. Standartenfuhrer chce, by został naszym agentem! - wykrzyczał, prężąc się jak struna.
- Zostawić nas samych. - Oficer przejechał dłonią po idealnie ułożonych włosach. Nie chciał nawet patrzeć na kulącego się człowieka. - Nazwisko?
- Konstanty - mężczyzna przełknął ślinę - Gimbut.
Von Rheinfelder spojrzał na złodzieja. Drobny, przygarbiony, brudny, w wyświechtanej marynarce. Hauptsturmfuhrer skrzywił się z niesmakiem.
- Okradałeś opuszczone mieszkania.
- Ale, panie oficerze, przecież to tylko opuszczone domy - zaskomlał - i to tylko Polaków.
- Kradzież to kradzież. Ale mam dla ciebie lepszą propozycję - czuł do siebie odrazę, tak samo, jak do przyprowadzonego człowieka. Jak mógł upaść tak nisko? - Będziesz dostarczać informacji o wszelkich nielegalnych organizacjach, złodziejach, bandytach. Wydasz nam każdego, kto knuje przeciw Trzeciej Rzeszy.
- Ale...
- Oczekuję wyraźnych efektów naszej współpracy - wypluł ostatnie słowo. - Za dwa dni będę tutaj czekać na ciebie i pierwsze informacje. Czy wyrażam się jasno?
- Ttak, tak - kiwnął głową.
- Jeszcze jedno. - Obejrzał kilka kartek, dostarczonych razem z więźniem. -  Nawet nie myśl o próbie ucieczki. Będziesz obserwowany. Twoja żona także. - Gimbut spojrzał na niego z rozdziawionymi ustami. Nie spodziewał się tego.
Gestapo zbierało informacje o wszystkich podejrzanych. A podejrzanym był każdy.

***

13 listopada 1939

Jak na zawołanie, konspiratorzy wstali wyprostowani, gdy Kwiecień wszedł na zaplecze sklepiku Aniki Chaber. Major powiódł po nich wzrokiem. Przyszli wszyscy, tutaj nie można było usprawiedliwić nieobecności czy się spóźnić. To mogło oznaczać śmierć lub aresztowanie.
- Rozkazem Naczelnego Wodza Służba Zwycięstwu Polski została rozwiązana i zastąpiona przez Związek Walki Zbrojnej. Będziecie kontynuować walkę z okupantem pod tymi samymi pseudonimami, zachowując swoje stopnie. - Wyciągnął z kieszeni kilka książeczek. Kontynuował wypowiedź już mniej oficjalnym głosem. - Mam dla was dokumenty na fałszywe nazwiska. Panie najpierw - podał dokumenty Barbarze i Alicji. - Na nazwisko Joanna Pieczarska i Anna Dobrzyńska. - Michał Fasiewicz - ten dostał Janek. Barbara już jakiś czas temu uświadomiła sobie oraz mieszkającej u niej aktorce, że ów Janek był tym młodym oficerem, który doprowadził ją do szpitala, niosąc na ramionach Amelię. Alicja była wtedy w tak wielkim szoku, że dopiero teraz, na swym drugim spotkaniu w konspiracji, zaczęła rozpoznawać w Janku tamtego mężczyznę. Zarówno Barbara, jak i Janek pozapominali o spotkaniu w szpitalu, mając na głowie wiele innych problemów.
Jak się okazało, Tańczyński i Szymański mieli już swoje dokumenty i cały czas posługiwali się fałszywymi nazwiskami.
- Szykuje się akcja dywersyjna - rzekł Kwiecień, gdy wszyscy pochowali swoje papiery. - Dowództwo zaplanowało ją na dwudziestego listopada. Zaplanujemy ją i przeprowadzimy wspólnie z grupą majora Cara. Następne spotkanie odbędzie się jutro, już w komplecie, oprócz Baletnicy - wszystkie oczy skierowały się na aktorkę. - Jeśli wszystko dobrze pójdzie, od poniedziałku zaczynasz pracę w niemieckim urzędzie.
Kwiecień przekazał najważniejsze informacje, pożegnał się szybko i wyszedł. Miał dziś jeszcze kilka spraw do załatwienia. Potrzebował broni, jego ludzie musieli się jakoś zabezpieczyć.
Wszedł w zaułek, uczęszczany głównie przez kieszonkowców. Tym razem spotkał kilku należących do szajki Jarka. Złodzieje przerwali rozmowy, spojrzeli na niego i rozstąpili się, tworzą mu przejście. Wiedzieli, na co stać Kwietnia, gdy ten straci nerwy.
We wnętrzu starego opuszczonego magazynu panował półmrok. Mężczyzna wytężył wzrok i dostrzegł majaczącą w ciemności wysoką sylwetkę.
- Czego chcesz? - dobiegło ze środka. Kwiecień podszedł kilka kroków.
- Od ciebie, Antek? Niczego.
Postać ruszyła gwałtownie w jego kierunku. Zatrzymał ją wysoki, skrzeczący głos.
- Czekaj, Antek. - Z cienia wyszedł, czy raczej wyczłapał, dużo niższy od Kwietnia człowiek. Jego małe, ciemne oczy dokładnie lustrowały oficera. - Pan major przyszedł.
- Gdzie jest broń? - spytał krótko Kwiecień.
- W tych skrzyniach, gotowa do transportu.
- Zanieście mi to do auta - zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu portfela. - Stoi przed samym wejściem.
- Szmal jest?
- Możesz sobie przeliczyć - wetknął mu do kieszeni pieniądze za automaty, amunicję i granaty.
- Kostek! - zawołał podwładnego. - Załaduj to wszystko!
Kostek spojrzał spode łba na Kwietnia i schylił się po pierwszą skrzynię.
- No już, ruchy! - warknął Antek, a do stojących nieopodal gburów zawołał: - Na co czekacie, pomóżcie mu!
Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Kwiecień usiadł za kierownicą i uruchomił silnik ciężarówki. Na pożegnanie pomachał ręką Jarkowi.
Tymczasem Kostek pobiegł za magazyn i wsiadł we własne, kradzione auto. Wdusił pedał gazu i pojechał za oddalającym się już majorem.
Dojechał niemal pod sam dom, jak przypuszczał. Kwiecień zostawił wóz na podwórzu i zniknął w wejściu do kamienicy. Kostek zapamiętał adres i pognał na Szucha. Zostawił auto naprzeciw gmachu, przebiegł jezdnię i wyciągnął wymiętoszoną kartkę wartownikowi przy szlabanie. Strażnik przepuścił go i wskazał wejście. Złodziej, nie oglądając się za siebie, pospieszył prosto do gabinetu oficera.
- Ej, ty, stój! - zawołał siedzący na recepcji młody żołnierz.
- Ja do pana hauptsturmfuhrera - przełknął nerwowo ślinę - von Rheinfeldera. Mam przepustkę - pokazał świstek. Żołnierz spojrzał nań ze wstrętem. Kartka śmierdziała wódką, podobnie jak cały mężczyzna.
- Hauptsturmfuhrera nie ma, wyszedł dwie godziny temu. Będzie jutro od dziewiątej.
- Ale ja mam bardzo ważną wiadomość!
- Jutro od dziewiątej. Wynoś się stąd. - Głos mężczyzny nie znosił sprzeciwu. Kostek ukłonił się nerwowo, założył czapkę i udał się w drogę powrotną.

***

Wczesnym rankiem Kwiecień zajechał ciężarówką pod sklepik Chaber. Tam czekał już na niego Janek, który pomógł wyładować skrzynie wypełnione bronią i amunicją. Uporali się z nimi całkiem sprawnie. Właścicielka sklepu miała przygotowane puste kartony. Mężczyźni przeładowali wszystko i upchnęli na jednym z regałów.
- Widzimy się jutro - Kwiecień pożegnał Janka i wrócił pod swoją kamienicę.
Nie spodziewał się, że gdy wejdzie do mieszkania, zostanie przywitany przez trzech agentów gestapo. W mgnieniu oka sięgnął po pistolet, lecz oni byli szybsi. Obezwładnili go, wyrywając z rąk pistolet. Jeden z nich uderzył go w twarz. Mężczyzna upadł na przewrócony stolik. Rozmasował ramię, którym uderzył o mebel. Stęknął, ale nie mógł nic zrobić, nie przyszła mu do głowy żadna sensowna myśl. Był w pułapce.
Gestapowcy ubrani byli w płaszcze i kapelusze. Jak na Niemców przystało, eleganccy i czyści. Zupełnie nie pasowali do tego miejsca. Musieli zdążyć już przeszukać całe mieszkanie. Wszystko było wyciągnięte na wierzch, meble pootwierane, a doniczka z kwiatem stłuczona.
Pierwszy agent przeszukał leżącego Kwietnia. Wyciągnął fałszywe dokumenty i porównał z tymi znalezionymi w skrytce pod parapetem. Uśmiechnął się ironicznie.
- Pan "Jerzy Kwiecień" ma najwyraźniej brata bliźniaka - zadrwił. - "Józef Maj". To twoje nazwisko? - Kopnął majora, prawie łamiąc mu żebra. Jego towarzysz podniósł go za kołnierz i przeszukał, znajdując pistolet wetknięty w spodnie. Kiedy Kwiecień spróbował stawiać opór, oberwał kilka ciosów. Stał więc już spokojnie, wycierając twarz rękawem.
- Przeszukaliśmy wszystko - zameldował trzeci.
- Idziemy! - Zakomenderował pierwszy. Wyprowadzili krwawiącego majora na ulicę, wepchnęli do czarnego auta i odjechali w kierunku głównej kwatery tajnej policji.

niedziela, 26 lutego 2017

Rozdział 12 - W kupie siła

W szarą, jesienną niedzielę Weronika zaprosiła Zuzannę na mały poczęstunek u swojej babci. Doskwierała jej samotność, a nie znała nikogo bliżej. Dziewczyna z kościoła była nie tylko miła i uprzejma. Promieniowała uśmiechem, ilekroć spotykały się na ulicy. Mieszkały blisko siebie, często wychodziły i wracały razem. Tak, trzeba było trzymać się razem w tych ciężkich czasach.
Na klatce schodowej wytrząsnęły błoto z butów, wszechobecne na warszawskich ulicach. Przywitały się z babką, która swoim zwyczajem do kościoła wychodziła wcześnie rano, by wrócić na śniadanie. Teraz przygotowała panienkom trochę ciasta i herbatę. Usiadły przy stole, naprzeciwko siebie.
- Masz ładne mieszkanie. - Zuzanna rozejrzała się po wnętrzu.
- To zasługa babci - machnęła ręką. - Jest bardzo porządna.
- Czyżbym usłyszała coś na temat mojej osoby? - Kobieta weszła, niosąc siatkę z kartoflami.
- Tak babciu, rozmawiamy o twoim mieszkaniu. Zuzanka twierdzi, że jest śliczne. - Zuza zarumieniła się lekko.
- Dziękuję, kochana - uśmiechnęła się do wolontariuszki z kościoła.
- Babciu, zostaw te ziemniaki, obiorę je później.
- Stary człowiek też musi coś robić! - udała oburzenie. Dziewczyny stłumiły śmiech. - Jak sobie radzisz dziecko? Rodzice mają pracę? - zwróciła się do gościa, siadając nad miską kartofli.
- Daję radę, dziękuję. Matka pracuje w szpitalu, jest pielęgniarką. - Nie wspomniała o ojcu, nie chcąc poruszać tego tematu. - Pomagam jej czasem, też chciałabym zostać pielęgniarką.
Jej marzenie mogło się w krótce spełnić. Dołączyła do konspiracji jako łączniczka Berta, zwerbowana przez niejakiego Nicponia. Wkrótce ukończy kurs sanitariuszki i może nawet dostanie pracę w szpitalu. Podobno pracowało tam kilku lekarzy zaangażowanych w pomoc Służbie Zwycięstwu Polski.
Babka sięgnęła po płaszcz i zarzuciła go na ramiona.
- Wychodzę do Doroty. Siedźcie sobie, ciasto stoi na szafie - wskazała dłonią.
Pożegnała się i wyszła. Zuzanka odetchnęła cichutko. Weronika spojrzała na nią ze zrozumieniem. Dziewczyna nie chciała mówić o ojcu, niepewna jego losu. Wolała nawet nie myśleć o tym, że mógł zginąć.
- Wspominałaś coś o pracy? - Zuzanna zmieniła temat.
- Ach tak, dostałam propozycję od takiego jednego właściciela domu mody. Miałabym zostać modelką.
- Ojej, to prawie jak aktorka! - Ożywiła się, wprawiając poważną Weronikę w dobry humor. Nie wydawało jej się, żeby te dwa zawody były aż tak do siebie podobne. - Będziesz miała piękne ubrania i mnóstwo przystojnych wielbicieli - kontynuowała. - Młodych żołnierzy, walczących za wolność Ojczyzny!
Śmiały się już obie. Pierwsza ochłonęła Weronika.
- Taa... Żołnierzy. - Wstała i odstawiła swój talerzyk. - Wcale bym tego nie chciała.
- Dlaczego? - Szczerze zdziwiła się Zuzanka. - Takiego młodego, przystojnego, odważnego, gotowego polec na wojnie...
- W imię Ojczyzny? - przerwała jej gwałtownie. Zuzanna spojrzała na nią ze zdziwieniem. Zamarła, speszona. - Za kraj? Za honor?! - Sunęła z powrotem ku środku kuchni z rozłożonymi ramionami. - Oślepieni "miłością" - przesadnie podkreśliła to słowo, prychając pogardliwie - do... czego?
Zuzanna siedziała nieruchomo z rozdziawionymi ustami i wielkimi oczami. Weronika zrozumiała, że przesadziła. Spojrzała nieobecnym wzrokiem w podłogę, wolno opadła na odsunięte krzesło.
- Przepraszam - wymamrotała. - Nie powinnam tak się na ciebie złościć. Wierz sobie, w co chcesz.
Zaczęła płakać. Nie jak dziecko ani jak człowiek zrozpaczony. Dzielnie walczyła, by zachować spokój. Nie ukrywała twarzy w dłoniach. Siedziała, przygarbiona i skulona, podczas gdy łzy moczyły jej sukienkę.
- Dlaczego tak mówisz? - zapytała ze smutkiem Zuzanna. - I nie płacz, proszę.
- Przejdzie mi, spokojnie. - Machnęła ręką. - Po prostu nie mogę tego pojąć. Nie rozumiem, dlaczego mój ukochany stawia Polskę na pierwszym miejscu. Dla mnie liczy się tylko rodzina. Jak można w ogóle zabijać innych ludzi? Jak można to usprawiedliwić? Jak można rozpętać wojnę?! Powinnam była wyjechać stąd już dawno temu. Ale on nie chciał, wolał zostać... - przegrała walkę z płaczem, głos jej się załamał. - To mnie tak... bardzo... boli...
Zuzanna wstała i objęła kupkę nieszczęścia, w jaką zamieniła się Weronika. Wyczuła, że wszelkie tłumaczenia na nic się zdadzą. Bo przecież jej chłopak poszedł walczyć nie tylko w obronie Ojczyzny, ale i w jej obronie. Lecz teraz, patrząc na tonącą we łzach koleżankę, równie mocno nienawidziła wojny.
Mimo tego Weronika zostawała jedyną osobą w tym mieszkaniu, która rozumiała, że na wojnie ludzie giną okrutną, brutalną śmiercią. W co by nie wierzyli, o co nie walczyli, nie zależnie też od tego, czy atakują czy zabijają w odpowiedzi na atak, żywiła pogardę do nich wszystkich.

***

Kawiarnia "Zakątek" jako jedna z niewielu nie mogła narzekać na brak klientów. Wszystko za sprawą stołujących się tu nie tylko Niemców, ale i Polaków, których wstęp do luksusowego lokalu ulicę dalej został zabroniony. Ceny w "Zakątku" nie były zbyt wygórowane, a przynajmniej do tej pory. Należało tylko czekać, aż i tutaj pójdą w górę. Zbliżała się zima.
Na razie trzeba było korzystać i cieszyć się z odrobiny luksusu, przy gorącej herbacie i małym, lecz smacznym kawałku ciasta. Nic dziwnego, że akurat to miejsce wybrał Filip, by spędzić wolne przedpołudnie. Fryderyk zdążył już zwerbować jedną łączniczkę. Zawsze musiał być pierwszy i najlepszy. Filip uśmiechnął się pod nosem, wspominając harcerskie zabawy, kiedy byli jeszcze dziećmi. Teraz to nie była zabawa, a oni nie byli już harcerzami, byli przyszłymi oficerami Wojska Polskiego i musieli się starać jeszcze bardziej, by dobrze wypełniać rozkazy.
Z zamyślenia wyrwał go głos kelnerki, kobiety po czterdziestce. Jej ciemne oczy zrobiły się okrągłe, gdy Filip uniósł głowę.
- Filip! - wydusiła. - Filip Rosocki!
- Pani Beata - podniósł się i uścisnął jej prawicę.
- Nie wiedziałam, że jesteś w Warszawie. Ostatnim razem widziałam cię w wakacje, chyba w trzydziestym siódmym.
- Przyjechałem uczyć się w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego.
Kobieta spojrzała przez ramię na wchodzących gości.
- Za pół godziny mam przerwę, zaczekasz? Moglibyśmy porozmawiać.
- Zaczekam - usiadł. - Proszę o herbatę.
Pół godziny później Beata Wal ściągnęła biały fartuszek i zajęła wolne krzesło przy stoliku Filipa.
- Powiedz, rodzice przyjechali razem z tobą? Czy zostali w Gdyni?
- Przedostali się do Francji, ojciec dołączył do formowanej tam armii. A co u Pawła? Naprawdę popłynął do Anglii?
- Tak, rozpoczął studia. - Westchnęła, w głębi bardzo dumna z syna. - Słyszałam, że zamknęli już Centrum Wyszkolenia Sanitarnego?
Filip przytaknął, nie chcąc zagłębiać się w te tematy. Nie mógł ujawnić swojej działalności w konspiracji ani tajnych kursach sanitarnych.
- Będę musiał poszukać jakiejś pracy - rzekł wymijająco.
- Filip, przecież ja widzę, co się dzieje - zirytowała się kobieta, ściszając głos. Nie mogła już dłużej wytrzymać oczekiwania na sposobną okazję. - Ja też chcę się przyłączyć, pomóc, rozumiesz? Mój mąż został zamordowany, mój syn wyjechał. Nie mogę siedzieć bezczynnie.
Filip wolno pokiwał głową. Przed stolikiem przemknęła drobna postać drugiej kelnerki. Chłopak podążył za nią wzrokiem.
- Pracuje pani w jednym lokalu z Niemką? - uniósł brew do góry.
- Chyba nie posądzisz mnie o kolaborację? - oburzyła się pani Beata.
- Nie, nie, spokojnie - uniósł dłonie w obronnym geście. - Zna ją pani?
- Tak, to cicha, ale dobra dziewczyna, zupełnie jak nie Niemka. Nawet po polsku mówi.
- Ciekawe... - upił ostatni łyk zimnej już herbaty. - W jaki sposób chciałaby nam pani pomóc?
- Mam mieszkanie, zmieszczą się w nim trzy osoby. Jeśli potrzebowalibyście lokalu, to możecie na mnie liczyć.
- Ja o niczym nie decyduję, ale może wkrótce złoży pani wizytę mój znajomy i obejrzy mieszkanie.
- Dobrze... - uśmiechnęła się i spojrzała na zegarek. - Muszę kończyć - wstała i zasunęła za sobą krzesło. - Teraz wszyscy musimy trzymać się razem - dodała na odchodnym.
- Do widzenia, pani Beato.
- Do widzenia, do widzenia!
Zniknęła, przechodząc na zaplecze. Po chwili wyszła, ubrana w koronkowy fartuszek. Filip obserwował ją jeszcze chwilę. Był mile zaskoczony spotkaniem sąsiadki z czasów, gdy jeszcze mieszkał w Warszawie. Teraz zupełnie o niej zapomniał, mając na głowie inne sprawy. Cieszył się też entuzjazmem kobiety i chęcią pomocy. Miała rację, musieli trzymać się razem. Jeśli wszyscy Polacy mają tyle zapału co Beata Wal, wygrają tę wojnę.

~

Słowo od Autorki
Od dzisiaj Dni Pogardy istnieją na wattpadzie. Funkcjonuję na nim jako Coniferek. Zapraszam do czytania, komentowania i wytykania błędów (w pisowni ;)


poniedziałek, 6 lutego 2017

Rozdział 11 - Szukając pracy, sensu, szczęścia...

Dom mody na warszawskim Śródmieściu należał do jednego z lepszych miejsc na znalezienie porządnego ubrania w godziwej cenie. Jeśli wojna się przedłuży, wkrótce może zabraknąć ubrań. Weronika zabrała ze sobą znaczny zapas pieniędzy, by zrobić zakupy na zimę.
Dziewczyna przekroczyła próg lokalu. Uderzyła ją fala gorąca, toteż niemal od razu ściągnęła płaszcz. Najbliżej wejścia ustawiono wieszaki i manekiny z najnowszą kolekcją odzieży zimowej. Na jednej ze ścian widniały fotografie modelek, dumnie prezentujących kreacje autorstwa tutejszych projektantów.
Weronika zatrzymała się przed wieszakiem ze wspaniałym futrem, jednak szybko pokręciła głową. Nie szukała ubrań drogich i szykownych, lecz praktycznych i niedrogich. Co więcej, posiadała już jeden gruby płaszcz, z czarnym, futrzanym kołnierzem. Będzie dobry i na tę zimę.
W głębi sali, po której kręciło się już kilka osób, znalazła interesujące ją części garderoby. Na ręku młodej arystokratki wylądowały dwie białe koszule, w tym jedna z dużą wiązaną kokardą. Do tego granatowa marynarka i pasująca spódnica.
Za parawanem mogła przymierzyć wybrane rzeczy. Z zadowoleniem ubrała pasujący komplet, szyty jak na miarę. Przeszła się kilka kroków po sklepie.
W tym momencie przez boczne drzwi wparował na salę mężczyzna w kapeluszu i modnym garniturze, nie będącym w stanie zamaskować jego okrągłego brzucha. Mówił coś do asystentki, próbującej nadążyć za nim. Niski wzrost i wysokie obcasy skutecznie utrudniały jej to zadanie.
Gruby zatrzymał się nagle, odwrócił do kobiety, która musiała ostro zahamować, prawie wpadając na brzuch mężczyzny.
Elegancki jegomość rozejrzał się po pomieszczeniu, gestykulując ręką. Jego spojrzenie zatrzymało się na Weronice, z zadowoleniem wygładzającej granatową marynarkę.
- Polecam pani ten model, doskonale na pani leży. - Podszedł do klientki. Weronika lekko się zarumieniła. - Damian Tymianek, właściciel tego domu mody - ujął jej dłoń i pocałował. Roześmiała się cicho.
- Dziękuję, jest pan nazbyt uprzejmy. Chyba zdecyduję się na zakup - okręciła się w miejscu.
- Muszę szczerze wyznać, iż ma pani zgrabną figurę. Może zabrzmieć to niedyskretnie, ale czy ma pani pracę? Tak się składa, że brakuje nam modelek.
- Dziękuję za tę propozycję... - W pierwszym momencie Weronika zdziwiła się niezmiernie, lecz taka posada mogła pomóc jej utrzymać się w nowej rzeczywistości. W czasie wojny dobrze płatna praca była na wagę złota. - Powiedzmy, że jestem wstępnie zainteresowana. Przemyślę to i przyniosę odpowiedź jutro - przestraszyła się, że może ominąć ją dobra okazja.
- Byłbym zaszczycony - ukłonił się, sięgając ręką do kapelusza. Odpowiedziała kiwnięciem głowy. Zdjęła ubrania, zapłaciła i wyszła, pogrążona w myślach.

***

Chłodny poranek nie odstraszył ani polskich mieszkańców Warszawy, ani niemieckich żołnierzy.
- Gdzie się z nimi spotkamy? - nerwowo zapytała Alicja.
- Zobaczysz. - Barbara gnała do przodu, nie rozglądając się na boki. Aktorka co chwilę musiała podbiec parę kroków.
- Barbaro, zaczynam mieć pewne obawy.
- Teraz? - Spytała rudowłosa, unosząc brwi.
- Ale czy ja sobie dam radę? - szepnęła teatralnie.
- Harcerze i małe zuchy się przyłączają i dają radę - prychnęła.
- Ach, Barbaro, ja nie jestem harcerzem!
- Posłuchaj i przez chwilę nie jęcz. - Barbara odwróciła się gwałtownie. - Jesteś aktorką i to nawet niezłą, tak? - Alicja skinęła głową. - No to zostaniesz jakimś agentem - rzuciła. Teraz już Alicja nie wiedziała, czy mówi żartem czy serio.
Dalej szły bez słowa. Dotarły do sklepu na Grzybowskiej. Alicja nerwowo poprawiła modną fryzurę. Barbara przywitała się z Jankiem, podając hasło.
- Przyszłyśmy po ostatnią parę pantofli.
- W magazynie bałagan, musicie poczekać. - Odzew młodego mężczyzny się zgadzał.
- To jest Alicja - przedstawiła towarzyszkę. - A to Janek, współpracujemy.
Alicja ledwo zdążyła skinąć głową, gdy zza zaplecza wyłoniła się Anika Chaber.
- Zapraszam państwa na zaplecze - powiedziała melodyjnym głosem. - Pan Kwiecień już czeka.
Pan Kwiecień, zadbany czterdziestoparolatek stał wyprostowany jak struna. Zmierzył wzrokiem Alicję, która miała ochotę schować się za kościstym ciałem Barbary.
- Dzień dobry państwu - przywitał nowo przybyłych. - Major Kwiecień - przedstawił się Alicji. - A to kapitan Tańczyński i porucznik Szymański. - Do grupy dołączyli dwaj nowi mężczyźni. Młodszy wymienił spojrzenie z Barbarą, witając się z nią bezgłośnie.
- W konspiracji wszyscy mamy pseudonimy - szybko wyjaśniła lekkoatletka. - Ty też musisz sobie jakiś znaleźć - spojrzała wyczekująco na aktorkę.
Alicja przełknęła ślinę. Obecność tylu poważnych żołnierzy onieśmieliła ją.
- Dajcie jej chwilę na zastanowienie - dowódca zwrócił uwagę podwładnej.
- Nie, ja... - pierwszy raz odezwała się artystka. - Ja chyba już wiem. - Wszyscy spojrzeli na nią wyczekująco. - Na co dzień śpiewam i tańczę. Występuję na scenie. Czy mogę zostać Baletnicą?
Dowódca z trudem ukrył uśmiech.
- Może być. Złożysz przysięgę.
- Złożę. - Głos zabrzmiał pewniej.
Po przysiędze major pokrótce wytłumaczył jej zadania i przedstawił pewną propozycję.
- Jesteś aktorką, to się może nam przydać. Umiesz niemiecki?
- Tak. I francuski.
- Niemiecki wystarczy. Musiałabyś tylko zmienić kolor włosów, w rudych jesteś zbyt rozpoznawalna. Dostaniesz nowe dokumenty, zmienisz nazwisko. Kiedy zajdzie taka potrzeba, będziesz mogła podszyć się za niemiecką urzędniczkę. Może nawet udałoby ci się zdobyć pracę u Niemców.
Wielu Polaków obraziłoby się na taką ofertę, ale nie Alicja. To była zarazem szansa na pewny zarobek, pomoc krajowi i swoiste wyzwanie. Zgodziła się, potakując głową. Pierwszy raz od śmierci Amelii poczuła, że zaczyna żyć, że wreszcie zrobi coś pożytecznego.

***

Rozkaz, który przed chwilą dostał Michael Schweiger, zaskoczył go i ucieszył zarazem. Miał jechać do Warszawy, polskiej stolicy. Po listach od rodziny dowiedział się, że matka dostała tam pracę. Przy odrobinie szczęścia będą się codziennie widywać.
Kolejnym powodem jego zadowolenia był podróż w towarzystwie Marie. Od kilku tygodni oficjalnie byli parą. Kiedy tylko mógł, zapraszał ją do cukierni lub kawiarni, o ile jego fundusze mu na to pozwalały.
Ostatnio miał dla niej coraz mniej czasu, podobnie jak i ona. Perspektywa wspólnej podróży ucieszyła ich obu. Michael poinformował rodziców, wysyłając list do Andrei. Tęsknił za całą rodziną, lecz najbardziej za młodszą siostrą. Będzie miała okazję poznać Marie, na pewno się polubią.
Mieszkać miał sam, w kawalerce w centrum Warszawy. W mieszkaniu obok Marie. Będą mogli jadać razem kolacje.
Rozmyślania przerwało mu przybycie ukochanej.
- Gotowy? - zapytała na dzień dobry, rozsiewając pozytywną energię.
- Czekam tylko na ciebie. - Czule pocałował ją w czoło.
- Zatem chodźmy!
Pod domem czekał samochód służbowy. Usiedli na tylnej kanapie, kierowca podwiózł ich na stację. Tam cierpliwie wypatrywali pociągu.
Podróż minęła im w miłej atmosferze. Usiedli w przedziale razem z innymi młodymi ciekawymi świata ludźmi, chcącymi osiedlić się na ziemiach podbitego kraju. Niemniej jednak do mieszkania przybyli zmęczeni. Na klatce kamienicy rozdzielili się, każde zajęło się prowizorycznymi porządkami i toaletą.
Pod wieczór Marie zapukała do drzwi Michaela.
- Zrobiłam kolację. Przyjdziesz?
Michael oczywiście nie zawahał się ani chwili, mimo że sam chciał zrobić kobiecie herbatę i zaprosić ją do siebie.
Kolacja przygotowana przez Marie była skromna i smaczna. Młody Schweiger wiedział, że powinien grzecznie podziękować i wrócić do siebie, by dać dziewczynie odpocząć. Zamiast tego usiedli na tapczanie, obejmując dłońmi kubki z herbatą. Marie wypiła swoją pierwsza, odstawiła naczynie na stolik obok i przytuliła się do ramienia Michaela. Młodzieniec wzdrygnął się, gdy poczuł przy twarzy jej ciepły oddech, kosmyki jej jasnych włosów łaskotały go w szyję. Odstawił kubek i objął ją ramieniem. Pomyślał, że zaraz zaśnie.
Ona jednak miała oczy otwarte. Cały makijaż zmyła, jej skóra była blada a usta czerwieńsze niż u innych dziewczyn. Michael zapragnął ją pocałować. Złożył delikatny pocałunek na pełnych wargach i odsunął się, by raz jeszcze spojrzeć na kochaną twarzyczkę.  Dotknął jej policzka, pozwalając jej na to samo. Po chwili pocałowali się znowu, dłużej. I jeszcze raz.
Mimo zbyt krótkiego snu Michael obudził się o świcie, szczęśliwy i wypoczęty.

piątek, 13 stycznia 2017

Rozdział 10 - Nowe znajomości


W części "tylko dla Niemców" tramwaj był niemal pusty. Andrea usiadła możliwie najdalej od grubego podoficera Wehrmachtu, władczo spoglądającego na wolną przestrzeń wokół.
Po drugiej stronie wszystkie siedzące miejsca były zajęte. Dziewczyna spojrzała na ściśniętych ludzi i zmarszczyła brwi. Przy samej barierce oddzielającej części tramwaju stała dobrze odziana młoda kobieta, na oko w wieku Andrei. Wyniosły wyraz twarzy wskazywał na to, że w ogóle nie czuje się upokorzona zepchnięciem do tylnej części wagonu.
Elegantka wymieniła krótką uwagę z siedzącą na najbliższym siedzeniu dziewczyną. Ta miała w sobie mniej powagi. Kokardka na kasztanowych włosach dodawała jej lekkości. Chudy człowiek, siedzący obok, wstał z głośnym stęknięciem. Zwolnił swoje miejsce i wysiadł na przystanku. Andrea spojrzała w to miejsce. Nikt ponownie go nie zajął, było zbyt ciasne. Niemka przełknęła ślinę, zebrała się w sobie i z zawziętością na twarzy przeszła na drugą stronę tramwaju. Czuła na sobie zdziwione spojrzenia Polaków, lecz nikt nie skomentował jej czynów. Ową powściągliwość tłumaczyła sobie strachem i niechęcią do Niemców. Nic dziwnego, ona sama się bała.
Wcisnęła się pomiędzy otyłą kobietę w długim płaszczu a dziewczynę z kokardką na włosach.
Weronika przyglądała się Niemce, przeciskającej się na ich stronę. Obserwowała z ciekawością, jak siada obok Zuzanny. Intrygująca osoba zacisnęła wargi i wbiła wzrok w nogi jegomościa siedzącego naprzeciwko.
- Przepraszam, czy mówi pani po polsku? - zagadnęła ją Weronika.
Andrea potrzebowała chwilę, aby zrozumieć, że to do niej. Szybko odwróciła się w stronę nieznajomej i odparła, z ledwie słyszalnym niemieckim akcentem.
- Tak, mówię.
- Z czystej ciekawości zapytam, dlaczego przesiadła się pani do części dla Polaków?
Nie było w tym żadnej złośliwości. Niemka uspokoiła się trochę i rozluźniła mięśnie twarzy.
- Nie chcę mieć nic wspólnego z tamtym panem - mruknęła, oglądając się za siebie. Gruby właśnie poprawiał skórzane rękawiczki. Wyprostował się zaraz z zadowoloną miną.
- Nic dziwnego - westchnęła Weronika. - Taki grubas...
Niemka uśmiechnęła się mimowolnie. Przekręciła nieco głowę, by ukryć wesołość. Jej rozmówczyni chyba nie przeszkadzała rozmowa z obywatelką Niemiec.
- Tak naprawdę to nie podoba mi się ten podział. Chyba to chciałam wyrazić poprzez siadanie tutaj. - Wypowiedziała zdania cicho i powoli. Starała się unikać błędów, nie chciała się ośmieszyć. - Taki... protest.
Zuzanna od jakiegoś czasu siedziała zasłuchana. Teraz poczuła sympatię do tej dziewczyny. Szczupła, blada, wciśnięta na siedzeniu obok. Niby Niemka, niby wróg, a jednak człowiek, taki sam jak inni.
- Jak masz na imię? - zapytała Zuzia, starając się mówić wyraźnie i nieśpiesznie.
- Andrea.
- Miło poznać. Zuzanna. - Wyciągnęła dłoń. Andrea, uważając by nie trącić siedzącej obok, delikatnie uścisnęła jej rękę. Zaraz po tym wymieniła uścisk z Weroniką, nie zważając na dziwiących się ludzi. - Dokąd jedziesz, jeśli mogę spytać?
- Do pracy. Do restauracji "Zakątek".
- Może kiedyś cię odwiedzimy - uśmiechnęła się Weronika. - Chyba, że tylko dla Niemców. - Nie mogła powstrzymać kąśliwej uwagi. Andrea zaczerwieniła się lekko.
- Nie. Możecie przyjść. - Znów poczuła wstyd za zachowanie swoich rodaków.
- Wspaniale. - Weronika zaczęła przedzierać się w stronę wyjścia. - Do zobaczenia zatem!
Andrea pożegnała dziewczynę delikatnym uśmiechem. Zuzanna pomachała koleżance i z powrotem spojrzała Niemce w oczy.
- Długo pracujesz w "Zakątku"?
- Nie, od tygodnia.
- O, muszę już wysiadać. Miłego dnia! - wyskoczyła z dziewczęcą lekkością. Niezwykle przyjemny poranek, pomyślała Andrea. W końcu nie codziennie poznaje się dwie miłe Polki.
Restaurację otwierano o dziesiątej. Andrea przyszła odpowiednio wcześniej. W środku krzątała się już pani Beata, druga kelnerka. Dziewczyna przywitała się z nią. Po krótkim czasie kobieta zdawała się zaakceptować Andreę, pomimo tego, że była Niemką. Andrea obsługiwała głównie niemieckich klientów, choć dobra znajomość polskiego pozwalała jej także na obsługę warszawiaków.
Odwiesiła swój płaszcz w niewielkiej szatni dla pracowników i przywdziała biały fartuszek. Poprawiła uczesanie, na nowo upinając włosy w koczek. Grzywka wpadała jej do oczu, będzie musiała ją przystrzyc.
Otworzyła główne drzwi wejściowe, witając pierwszych gości bladym uśmiechem. Wskazała im stolik i przyjęła zamówienie. Przez pierwszą godzinę nie miała za wiele do roboty, pani Beata zajęła się kilkoma dobrze ubranymi Polakami. Na śniadania przychodzili przeważnie bogatsi mieszkańcy Warszawy. Dopiero później, bliżej południa, zaczynał robić się tłok.
We dwie, kelnerki dawały sobie radę. Tego dnia nie było zbyt wielu Niemców, Andrea przejęła więc część obowiązków współpracownicy. Przy jedynym wolnym zasiadło właśnie dwóch mężczyzn. Andrea swoim zwyczajem podeszła, aby wysłuchać gości.
- ...nie widziałem się z nim ostatnio, panie Tańczyński.
Polacy, jak się okazało. Starszy, siedzący przodem do niej, zamówił herbatę. Nie należał zapewne do śmietanki towarzyskiej, pomyślała Andrea, widząc jego wysłużone ubranie i nieregularną, szpakowatą bródkę. Jego młody towarzysz dopiero teraz się do niej odwrócił. Andrea poczuła przypływ gorąca. Czarnowłosy nieznajomy był niesamowicie przystojny. Idealnie ułożone czarne jak smoła włosy, inteligentna twarz o łagodnych rysach. Wydało się jej to okropnie głupie, ale zupełnie utonęła w jego ciemnych oczach.
- Poproszę mocną kawę - głos mężczyzny był spokojny i głęboki. I bardzo męski.  Andrea otrząsnęła się i kiwnęła głową. Oddaliła się, starając się nie biec. Przed oczami miała twarz nieznajomego.

***

Kelnerka postawiła przed nimi dwie gorące filiżanki. Spojrzenie Roberta spotkało się z zielonkawymi oczami nieznajomej, chowającymi się pod ciemną grzywką, dodającą odrobinę tajemnicy. Dziewczyna zaintrygowała go swoim akcentem i nieodgadnionym wyrazem twarzy. Kapitan Tańczyński odchrząknął. Młody mężczyzna odwrócił się, zmieszany.
- Nie mam żadnych wieści o Damianie. - Robert chciał pokazać, że nie zapomniał, o czym rozmawiali przed chwilą. - Spóźnia się, nie miałem z nim kontaktu od trzech dni.
- Nasi ludzie go znajdą, sprawdzą na Pawiaku. Mógł wpaść na łapance. Co z tą twoją lekkoatletką? - zapytał jego przełożony.
- Zgodziła się zostać naszą łączniczką. Co więcej, na spotkanie przyprowadzi ze sobą jakąś znajomą aktorkę. Ponoć chce złożyć przysięgę.
- Sprawdzaliście ją?
- Siwa twierdzi, że można jej ufać. Mieszka z nią.
- Dobrze. Przyjdzie major Car, mówił, że jeden z jego chłopaków znalazł jeszcze jedną łączniczkę.
Robert skinął głową. Dokończył swoją kawę, Tańczyński herbatę.
- Do zobaczenia, w środę o tej samej porze u ciotki Heleny. - Zostawił na stole pieniądze i wyszedł. Robert posiedział jeszcze chwilę, wpatrując się w ciemnowłosą kelnerkę. Poruszała się z ostrożnością, lawirując między stolikami, kręcąc przy tym zgrabnymi pośladkami. Jej ruchy cechowała delikatność. Mężczyzna westchnął i wyciągnął kilka banknotów z zamiarem zostawienia napiwku. W końcu dziewczyna podeszła, by zebrać zapłatę. Robert podał jej pieniądze, dotykając przy tym jej dłoni.
- Jak masz na imię? - Zapytał, decydując się na wykorzystanie ostatniej okazji.
- Andrea. - Dziewczyna zaczerwieniła się, cofnęła rękę i uciekła na zaplecze.

***

W bramie kamienicy zamyślona Wercia wpadła na Fryderyka. Nie widziała się z nim przez dwa dni. Chciała uciec do siebie, ale chłopak przytrzymał ją za ramiona.
- Wercia, poczekaj - poprosił łamiącym się głosem. Próbowała się wyszarpnąć. - Wercia, proszę!
Spuściła wzrok.
- Co jest?
- Wiem, że powinniśmy chwilę porozmawiać, chciałbym, żebyś zrozumiała, dlaczego robię to co robię. Ale potrzebuję twojej pomocy - mówił łagodnym głosem.
- Ach, no dobrze. W czym ci pomóc? - zapytała beznamiętnie.
- W tamtej kamienicy mieszka dziewczyna, na oko w twoim wieku - wskazał budynek. - Nazywa się Zuzanna Kolęda, pomaga w kościele. Znasz ją może?
- Widziałam ją kilka razy, jak sprzątała przy ołtarzu. Zaprosiła mnie kiedyś na herbatkę. Poza tym często spotykamy się w tramwaju. A co, podoba ci się? - Droczyła się z nim. Jednak tym razem w jej głosie słychać było nutkę goryczy.
- Werciu, proszę. Muszę się z nią spotkać.
- Mhm.
- Mam swoje obowiązki, muszę wykonywać rozkazy.
- Oczywiście.
Stali chwilę na przeciwko siebie. Weronika cały czas próbowała się oswoić z myślą, że pewnego dnia Fryderyk odejdzie, zostawiając ją samą na świecie. Nie umiała.
- O, tam idzie Zuza, możesz ją zaczepić - wyciągnęła rękę.
- Wiesz, że wolałbym się spotkać z tobą - pocałował ją w czoło i pobiegł w stronę oddalającej się sylwetki potencjalnej łączniczki.

sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział 9 - Jestem zazdrosna o Ojczyznę

Mieszkanie przydzielone rodzinie Andrei wyglądało, jakby poprzedni właściciel opuścił je w pośpiechu. Na krześle leżał smętnie szary sweter. Na kuchence stała patelnia, w chlebaku matka znalazła spleśniały chleb. Poza tym było czysto i schludnie. Warstewka kurzu na meblach świadczyła o tym, że przez ostatni tydzień nikt tutaj nie sprzątał.
- Dziś odpoczywamy, jutro musimy zabrać się za drobne porządki - oceniła pani Schweiger.
- Co się stało z rodziną, która tu mieszkała? - zapytała Andrea z sąsiedniego pokoju. Matka odnalazła ją klęczącą na podłodze. W ręku trzymała małą szmacianą lalkę.
- Nie wiem, kochanie. Może uciekli na wieść o wojnie. - Wyszła, by zająć się rozpakowywaniem walizek. Andrea nie była przekonana, by mieszkańcy uciekali w takim pośpiechu, że właścicielka laleczki nie zdążyła zabrać jej ze sobą. Tym bardziej, że lalka leżała na podłodze obok łóżeczka.

***

W jednym ze znanych warszawskich domów mody od rana panowała nieprzyjemna atmosfera. Często się to zdarzało, zwłaszcza, że właściciel był wiecznie niezadowolony. Chodził przygarbiony, nie rozstawał się ze swoim czarnym kapeluszem.
- Panie Tymianek, najbliższy pokaz mody został odwołany. - Asystentka Halina Małgorzewska nawet nie zadała sobie odrobiny trudu, by spojrzeć na zdenerwowanego kierownika, przeglądając plan dnia. Chuda, żylasta kobiecina w puszystych czarnych włosach i cienkich, zaciśniętych ustach przywodziła na myśl surową nauczycielkę.
- Jak to możliwe?! - Pieklił się tłusty mężczyzna z równo przyciętym rudym wąsikiem. - Wiesz, ile przez to pieniędzy stracę, Halina?! Z drogi! - ryknął na przechodzące obok modelki, które rozpierzchły się zaraz, spłoszone. - I co, sesje też odwołane?
- Nie, sesje fotograficzne rozpoczną się za pół godziny.
- Pół godziny? To co te dziewuchy robią na korytarzu?! - wskazał ręką na modelki.
- Są już prawie przygotowane - zapewnił Nowak, człowiek odpowiedzialny za makijaż.
- Jazda, przypilnuj, żeby się gdzieś nie rozmazały. Ma być perfekcyjnie. Gdzie jest krawiec, muszę z nim pogadać. Przyszła do mnie wczoraj niezadowolona klientka, twierdziła, że dostała wadliwy towar - oburzył się. - Wadliwy towar, słyszysz mnie?!
- Krawiec Weiss przychodzi na dziewiątą.
- A gdzie jest Karolina?
- Nie przyjdzie! - dobiegło gdzieś zza parawanu.
- Co to znaczy, że nie przyjdzie? - zaniepokoił się nie na żarty.
- Niemcy ją zastrzelili.
Mina Tymiankowi zrzedła. Jego ulubiona modelka, jego muza, miała już nigdy więcej nie wystąpić w żadnej sesji. Już nigdy więcej nie zobaczy jej gładkiego ciała, jej czerwonych ust...
- Trzeba będzie znaleźć nową modelkę - stwierdziła beznamiętnie Małgorzewska.
- Nową modelkę, nową modelkę... - przedrzeźniał ją Tymianek. - Znajdź mi tu taką, co choć w połowie będzie przypominać Karolinę.
- Izabela jest niebrzydka - krótko skomentowała asystentka.
- Ma być olśniewająca, do cholery! Izabela jest za chuda - mruknął.
- W takim razie trzeba poszukać innej. Teraz zjeżdża się coraz więcej bogatych Niemców, może wśród nich kogoś pan znajdzie. To byłaby dobra reklama dla firmy.
Tymianek zastanowił się.
- Coś w tym jest.
Zaraz jednak stuknął się palcem w czoło.
- Widziałaś kiedyś ładną Niemkę? No właśnie. - Odszedł w swoją stronę. Małgorzewska westchnęła i ruszyła w przeciwnym kierunku. Miała nadzieję, że tego dnia jej droga nie skrzyżuje się już z drogą gburowatego kierownika domu mody.
- Aha, Halina! - krzyknął jeszcze w jej stronę. Odwróciła się niechętnie.
- Przygotuj kawę, za pięć minut w moim gabinecie. I niech będzie gorąca, nie tak, jak ostatnim razem!

***

Sklepik na ulicy Grzybowskiej stał, jak do tej pory, nienaruszony. Właścicielką lokalu była Anika Chaber, Żydówka sprzedająca dobrej jakości obuwie. Chuda pięćdziesięciolatka z krótko ostrzyżonymi, siedziała za ladą, czytając poezję. Przy wyjściu stał wynajęty strażnik, Janek. Ciemnowłosy, postawny Polak miał za zadanie pilnować porządku. W ostatnich czasach nasiliły się nastroje antysemickie, sklepy żydowskie były często napadane, nawet nie w celu kradzieży. Ludzie, powodowani nieuzasadnioną nienawiścią, niszczyli witryny i grozili właścicielom. Potrafili też zaatakować w dzień lub zwyczajnie zniechęcać klientów.
Na zapleczu odbywały się spotkania konspiratorów ze Służby Zwycięstwu Polski. Członkowie SZP przychodzili osobno i podawali ustalone hasło. Chaber wpuszczała ich na zaplecze, sprawdzając, czy nikt nie patrzy. Na razie odbyły się tutaj dwa spotkania. Żydówka dobrze pamiętała twarz dowódcy oddziału, który zawsze zjawiał się pierwszy. Mimo swoich lat wciąż był przystojny, wąsik i broda przystrzyżone, włosy idealnie ułożone.
 Mężczyzna przedstawił się jako Kwiecień, jego podwładni wcale. Byli to w większości młodzi ludzie. To właśnie jeden z nich został ochroniarzem sklepu.
Kobieta stanowczo zaprzeczyła, gdy po kolejnym spotkaniu Kwiecień przedstawił jej plan akcji ukrycia w magazynie broni. Nie było to najbezpieczniejsze miejsce, Niemcy bez trudu mogliby ją odkryć. Magazyn nie służył do ukrywania, lecz przechowywania kartonów z obuwiem. Konspirator zapewnił, że są w stanie załatwić pudła z podwójnym dnem, które miały zmylić przeszukujących. Chaber trzeźwo nadmieniła, że może niebacznie sprzedać takie buty przypadkowemu klientowi.
- Oznaczymy je - rozwiązał problem mężczyzna. - To nawet lepiej, jeśli będziemy chcieli przetransportować broń, nasi chłopcy będą "kupować" buty w oznakowanych opakowaniach. Zapewnimy też dodatkową ochronę i zakupimy u pani buty dla naszych żołnierzy.
Żydówka wiedziała, że nie może się nie zgodzić. Przeczuwała, że jeśli nie pomoże konspiratorom, mężczyzna przejdzie z propozycji do pogróżek. Nie miała zbyt wiele do stracenia, nie miała bliskiej rodziny. Mimo tego lubiła żyć i czytać poezję, toteż przystała na ofertę Kwietnia.
- Tylko nie chcę dodatkowej ochrony, to może wydać się podejrzane - zaznaczyła na odchodnym. - Jeszcze przepędzą mi ludzi!

***

Babci nie było w domu. Widocznie nie wróciła jeszcze z zakupów. Cisza i pustka jeszcze bardziej dobiły Weronikę. Niedbale rzuciła płaszcz na łóżko, oklapła na krzesełko przed toaletką i spojrzała na swoją zapłakaną twarz, odbijającą się w lustrze.
Schowała amerykańskie papiery do szuflady. Nie mogła teraz wyjechać, nie mogła zostawić Fryderyka. Każdy dzień mógł być tym ostatnim, choć Wercia nie chciała dopuścić do siebie myśli o utracie ukochanego. Z drugiej jednak strony nie potrafiła zrozumieć, jak ten, który miał kochać ją nad życie, wolał zginąć za Ojczyznę.
Czym jest Ojczyzna?
Naprawdę, czym jest Ojczyzna wobec tak olbrzymiej miłości? Dlaczego postanowił walczyć, mimo że mógłby z nią wyjechać? Co takiego zrobiła Ojczyzna, że ludzie chcą za nią życie oddawać?
Honor, jak jej tłumaczył. Czym jest honor? Puste słowo. Cóż one oznaczało? Jakieś zasady, jakieś zobowiązania, jakieś ideały. To nie miało racji bytu. Niemcy wcale nie byli honorowi, kiedy zaatakowali Polskę.
Gdy już opanowała kolejny wybuch płaczu, poprawiła włosy, otarła oczy wierzchem dłoni i chwyciła wolną kartkę papieru. Zabrała z biurka pióro i energicznie skreśliła kilka wersów.

Jestem zazdrosna o Ojczyznę
bo kochasz ją bardziej
niż mnie.
Jestem zazdrosna o Ojczyznę,
bo chociaż mógłbyś zginąć za mnie,
pierwej zginiesz za Nią,
a mnie zostawisz samą.
Jestem zazdrosna o Ojczyznę,
bo chociaż chciałbyś być ze mną,
nigdy Jej nie opuścisz.
Jestem zazdrosna o Ojczyznę,
bo ja kocham Ciebie
najbardziej na świecie.


Łzy plamiły kartkę. Ręce zaczynały jej coraz bardziej drżeć. Weronika chciała rzucić piórem, powstrzymała się jednak. Odłożyła je delikatnie, odwróciła też kartkę, zakrywając treść. Położyła się na swoim łóżku i ukryła twarz w poduszkę, tłumiąc płacz.
Usnęła, zanim przyszła babcia.

~

Szczęśliwego Nowego Roku!