wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozdział 14 - Ciężki poranek

13 listopada

Weronika niepewnie zapukała w zamknięte drzwi domu mody. Jego właściciel prosił, by przyszła wcześniej, przed otwarciem, świeża i czysta. Otworzyła jej drobna, wysuszona kobieta.
- W sprawie pracy? - Spojrzała na nią znad notatek.
- Tak, do pana Tymianka.
- Zapraszam. - Wpuściła ją do środka. - Halina Małgorzewska, asystentka pana kierownika.
Zamknęła drzwi za dziewczyną. Do otwarcia zostało jeszcze trochę czasu. Bez klientów było tu dziwnie pusto. Zza ściany słychać stłumiony głos właściciela. Wercia nerwowo przełknęła ślinę, słysząc kolejne przekleństwo. Wolała zastać go w dobrym humorze.
- Panie kierowniku! - zawołała Małgorzewska, wchodząc do części zamkniętej dla odwiedzających sklep. - Kandydatka do pracy przyszła.
Tymianek natychmiast się opanował, przygładził marynarkę i podszedł przywitać dziewczynę.
- Zapraszam panią do krawca, zobaczymy, czy trzeba będzie szyć w nowym rozmiarze. Zdejmie pani miarę, następnie nasz fotograf zrobi pani kilka zdjęć próbnych. Proszę - otworzył drzwi na korytarz, przepuszczając Weronikę przodem.
Krawiec był z pewnością żydowskiego pochodzenia. Tacy nie mieli teraz łatwego życia. Dziewczyna słyszała już o szykanach, które spotykały tych ludzi. Potęgowało to tylko nienawiść, jaką czuła do hitlerowców.
Mężczyzna kazał jej rozebrać się aż do bielizny. Nie zgodziła się na to, dopóki Tymianek nie wyszedł z pokoju, niepocieszony. Okazało się, że choć Weronika była nieco niższa od większości modelek i nie tak szczupła, mieściła się w granicach rozmiarów. Zadowolony kierownik wybrał czerwoną suknię wieczorową i poprosił dziewczynę, by ją założyła. Asystenka Małgorzewska pomogła Werci wcisnąć się w kreację. Kiedy uporały się z zapięciem na plecach, właściciel wrócił z kolejnym mężczyzną.
- Nowak, popraw tej pani makijaż.
- Tak jest, szefie! Chodź, moja droga - zwrócił się do Weroniki. - Lepiej nie opóźniać, kiedy kierownikowi się spieszy - szepnął do niej, gdy wyszli na korytarz. Minęli kilka dziewcząt, patrzących na nich z ciekawością. Szeptały między sobą, za cicho, by można było rozróżnić słowa.
Korytarz, podobnie jak wszystkie inne, urządzony był na bogato, w odcieniach ciemnej czerwieni. Zaprowadził ich aż do gabinetu makijażysty, z którego można było wyjść prosto na elegancką salę, gdzie prezentowane były najnowsze krzyki mody.
- Proszę usiąść przed tym lustrem. - Makijażysta wyciągnął rękę, dłonią wskazując krzesło. Sam zaraz wyciągnął pędzle i pędzelki. Obchodził się z twarzą niczym z dziełem sztuki. Gdy skończył, Weronika nie mogła siebie poznać. Z lustra patrzyła na nią jakaś gwiazda kina. Usta w kolorze sukni, długie rzęsy.
Nagle przypomniała sobie, że jest wojna. Ludzie ginęli, a ona siedziała przed lustrem, podziwiając piękny makijaż. Czuła, że powinna coś zrobić, zamiast tutaj siedzieć. Otrząsnęła się. Przecież coś robiła. Próbowała zdobyć pracę, by utrzymać siebie i babcię. Zrobiła pogardliwą minę do swojego odbicia.
- Och tak, koniecznie musi tak pani spojrzeć przy pozowaniu do zdjęć! - ożywił się Nowak. - Jestem pewien, że uda się pani zdobyć tę pracę. Speszona dziewczyna podziękowała skinięciem.

***

Kostek stał na środku korytarza, starając się nie rozglądać za bardzo. Ze zdenerwowania miętosił czapkę, mocno już wyświechtaną. Przyszedł przed dziewiątą, w nadziei, że spotka von Rheinfeldera na korytarzu i będzie mógł uciec stąd jak najszybciej.
Za dwadzieścia dziewiąta przyszedł, nienagannie uczesany i wyprasowanym mundurze. Kroczył dumnie, patrząc przed siebie. Złodziej doskoczył do oficera.
- Panie hauptsturmfuhrer, mam ważną informację - skłonił głowę.
- Za mną! - Zawołał von Rheinfelder, wściekły, że wszyscy wokół widzą go, rozmawiającego z brudnym Polakiem. - Czego chcesz? - zapytał, zamykając za sobą drzwi.
- Panie oficerze, wczoraj jeden Polak kupował u szefa broń.
- Bandyta? - przerwał mu Niemiec.
- Tak, chyba tak. Dużo tego było, kilka skrzyń.
- Do rzeczy! - niecierpliwił się hauptsturmfuhrer.
- Znam adres, pod który zawieźli broń. A człowiek, który ją zakupił, mówią na niego Kwiecień...
- Adres!
Kostek wypisał go kulfonami, na karteczce podanej przez gestapowca. Von Rheinfelder wstał, wyrwał mu ją i sprężystym krokiem wymaszerował z gabinetu.
- Dobra robota - mruknął przez zęby do złodzieja. Ten przełknął głośno ślinę i skinął głową. - Wynoś się!
Oficer wysłał kilku agentów pod podany adres. Mieli zrobić rewizję i złapać tego bandytę. Niemcy wsiedli w czarny samochód i pojechali, po drodze mijając ciężarówkę Kwietnia, zmierzającą na ulicę Grzybowską.

***

14 listopada

W drodze do sklepiku pani Aniki Robert wpadł na Janka. Jego przyjaciel był wyraźnie zdenerwowany.
- Kwiecień aresztowany - wymamrotał. - Trzeba ostrzec innych.
- Skąd wiesz? - Zapytał Szymański, jak zawsze opanowany.
- Nasz człowiek, urzędnik z gestapo, widział, gdy go przyprowadzili. - Ruszył dalej przed siebie. - Chaber już wie, pakuje broń do śmietnika, zabierzemy ją kiedy tylko odwołamy spotkanie. Powiedz Tańczyńskiemu, tymczasowo obejmuje dowództwo. Spotkanie przełożymy na jutro, w kwaterze tamtego oddziału.
- A ty?
- Zawiadomię Siwą i Baletnicę. Tańczyński zna tamtego majora, niech przekaże mu wszystko.
- Idę. Serwus.
- Zaraz! - Janek zatrzymał go, nachylił się ku niemu i szepnął - Nie wierzę, żeby Kwiecień coś im powiedział. Ale musimy zachować ostrożność.
- Jasne.
Rozeszli się, każdy w swoją stronę. Robert przebiegł ulicę i zaczął wypatrywać kapitana w tłumie ludzi. Szedł razem z nieznanym mu człowiekiem, z wyglądu przypominającym Mikołaja II.
- Kwiecień aresztowany - przywitał  ich słowami Janka. - Spotkanie przełożone na jutro, w kościele. Weźmiemy auto i przewieziemy broń z Jankiem.
- Dokąd?
- Coś wymyślimy.
- Schowajcie ją w kościele u nas - odezwał się major. - Car - przedstawił się i podał rękę Szymańskiemu. - Dam znać moim ludziom. - Odwrócił się, zdjął z głowy kaszkiet i przetarł czoło wierzchem ręki. Kilka osób z tłumu skręciło w boczne uliczki, tak naturalnie i niepozornie, że nikt nie zorientowałby się, że zrobili to na znak dowódcy...
Tańczyński wymienił spojrzenie z towarzyszem i rzekł:
- Obejmuję tymczasowe dowództwo.
Skinął głową, odprawiając Roberta. Chłopak zawołał rikszę i kazał zawieźć się pod dom Janka. Poczekał na przyjaciela w bramie kamienicy, wystawiając twarz do słońca. Dobra pogoda była rzadkością w listopadzie.
Wyjechali na ulicę samochodem Janka. Jego ojciec był mechanikiem, w rodzinie Bednarzy nigdy nie brakowało starych, podreperowanych aut. Konspiratorzy często pożyczali samochody, dzięki czemu Janek miał pieniądze na kawałek chleba. Ojciec młodzieńca nadużywał alkoholu, zaniedbywał warsztat. Liczba aut znacząco spadła w ostatnich miesiącach i wciąż malała. Niemcy, właściciele większości z nich, woleli naprawiać swoje samochody w nowocześniejszych, lepszych warsztatach.
Pod sklepikiem nie działo się nic podejrzanego. Minęli lokal i zajechali od drugiej strony. Robert wysiadł pierwszy, rozglądając się dyskretnie. Nikt ich nie obserwował. Jak gdyby nigdy nic podszedł do najbliższego pojemnika na śmieci, wyciągnął skrzynię i załadował do samochodu. Wspólnie z Jankiem wypełnili tylne siedzenia bronią i amunicją i nakryli je starą płachtą. Wciąż w wielkim napięciu zamknęli drzwi, usiedli na fotelach i powoli wytoczyli się na ulicę. Udało im się ocalić broń dla kilku oddziałów.

***

To był ciężki poranek. Robert potrzebował chwilę, by usiąść, odpocząć i przemyśleć całą sytuację. Oczywiste było to, że muszą odbić kapitana. Kwiecień był zbyt istotnym człowiekiem dla konspiracji, był też ich dowódcą, który dbał o nich i był trochę jak ojciec. Byli mu to winni.
Młody porucznik zawędrował do restauracji "Zakątek". Usiadł przy najmniejszym stoliku, zdjął z głowy czapkę i przeczesał palcami czarne włosy. Musiał wyglądać przy tym na zmęczonego i przytłoczonego człowieka, gdyż zamiast zwyczajowego "dzień dobry, co dla pana?", usłyszał przyciszony głos kelnerki.
- Czy wszystko w porządku?
Rozpoznając delikatny niemiecki akcent, uniósł spojrzenie. Stała nad nim ta sama, chuda dziewczyna, Andrea. Nagle zrobiło mu się odrobinę cieplej na sercu. Wszystkie blondwłose, czerwonouste Niemki przechadzały się po ulicach w drogich futrach, wymyślnych kapeluszach, spoglądając z góry na Polaków. Tymczasem on widział przed sobą ciemnowłosą, przygarbioną kelnerkę, potulnie odbierającą zamówienia od mieszkańców Warszawy.
- Tak... Jestem tylko trochę zmęczony.
- I głodny? - zauważyła.
- Tak. - Robert na chwilę zapomniał, że w restauracji zamawia się jedzenie, nadal patrząc na kelnerkę.
- Co będzie dla pana?
- Poproszę... - spojrzał do karty. - Poproszę szarlotkę. Jestem Robert - dodał. Andrea posłała mu delikatny uśmiech i poszła po ciasto. Wróciła po chwili, niosąc spory jak na te czasy kawałek.
- Mogę się na chwilę dosiąść? - spytała, ku zdumieniu porucznika. - Mam chwilę przerwy.
- Oczywiście - odsunął jej krzesło, lecz zanim usiadła, wstrzymał ją ruchem ręki. - Poczekaj. Przynieś jeszcze jedną szarlotkę. Na mój koszt.
- Nie, dziękuję - zarumieniła się.
- Złożyłem zamówienie - puścił do niej oko. - Sam nie zjem tyle.
Dziewczyna udała dezaprobatę i przyniosła porcję dla siebie. Usiadła naprzeciwko mężczyzny, sama zdziwiona swoją prośbą. Coś pchało ją w jego stronę i nic nie mogła na to zaradzić.
- Często nas odwiedzasz - stwierdziła Niemka, nie mogła wytrzymać przedłużającej się ciszy.
- Mieszkam niedaleko - odrzekł. - Za to ty zaczęłaś tu pracować od niedawna.
- Tak - potwierdziła. - Przyjechałam na początku jesieni.
- Z Rzeszy? - uniósł brwi.
- Nie - spuściła wzrok. Wielu Niemców osiedlało się na podbitych terenach, lecz nie chciała, by jej rozmówca myślał, iż podobnie jak oni przyjechała tu wraz z nadętymi niemieckimi przedsiębiorcami, chcącymi wzbogacić się na wykorzystywaniu Polaków. - Z Gdańska.
- Cóż, teraz to już Rzesza - prychnął. Zaraz jednak zreflektował się i dodał: - Przepraszam, nie chciałem cię urazić. Spróbuj nas zrozumieć... - Łudził się, że może chociaż ona ma serce.
- Rozumiem. Wstyd mi za to, co robią Niemcy. - Straciła apetyt. Desperacko zapragnęła zmienić temat. - Czym się zajmujesz?
- Pracuję u stolarza. - Rzecz jasna, robota załatwiona była przez konspirację.
- A ja tu - stwierdziła, zupełnie bez sensu. Mimo to Robertowi to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mu, że siedzi przy jednym stoliku z Niemką. Wszystko było w jak najlepszym porządku.
- Muszę wracać. - Jego towarzyszka wstała i poprawiła biały fartuszek.
- Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. - Posłał jej uśmiech.
Nagle wszystkie problemy powróciły ze zdwojoną siłą. Kwiecień. Przełożone spotkanie. Niemcy w ich kraju. To był naprawdę wyjątkowo ciężki poranek.

3 komentarze:

  1. Heeejooo
    Ultraszybki komentarz!
    Błędy:
    "Panie kierowniku! - Zawołała Małgorzewska" zawołała małą literą
    "ten Polak myślał, iż podobnie jak oni przyjechała tu wraz z nadętymi niemieckimi przedsiębiorcami, chcącymi wzbogacić się na wykorzystywaniu Polaków" hmm, jeszcze jeden błąd (powtórzenie Polaków)
    Tyle

    Świeża i czysta powiadasz? Bo tak to chodzi po mieście brudna? xD
    Przed Żydem się rozebrała, ale Tymiankiem nie? Lol
    Dlaczego to zawsze musi być czerwona sukienka? Kolejna Lady in red xD
    Ej, czy ona nie będzie reklamować ubrania dla... Niemców? Bo jak tak, to trochę przegryw
    Uuu Kostek, lepiej uważaj, bo Cię nie cierpię :@
    Jaki bandyta, co za chamy...
    O kurde! Pan haupcośtam go pochwalił! o.o
    Szybko się dowiedzieli o tym aresztowaniu
    Wow, to można być tak zorganizowanym? Za dużo przebywam wśród humanistów ;P
    Chować broń w kościele, ładnie to tak??
    Hmm, wyciąganie skrzyni ze śmietnika wcaaale nie wygląda podejrzanie
    Kwiecień był jak ojciec? Serio?
    Aww, poczułam troskę w głosie Andrei <3
    No jak to, przecież ludzie zazwyczaj idą do restauracji, żeby pogapić się na dziewczyny!
    A to spryciarz z niego!
    Brawo Andrea, stwierdziłaś oczywistość! Czemu ludzie przy crushu zawsze tracą głowę??
    Co taka krótka ta rozmowa?? :(

    W następnym liczę na następne spotkanie Andrei i Roberta :) (wiem, że pewnie nie będzie, ale nadzieja matką głupich)
    Do zobaczenia w następnym!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, witam

      Błędziki jak zawsze poprawione.
      Rankiem jest się czystym i świeżym, po całym dniu już niekoniecznie.
      Lubię czerwień.
      Nie wiadomo. Nie będzie reklamować, tylko w nich pozować
      Biedny Kostek, ma się czego bać
      Bandyta oznaczało partyzant
      Gestapo wie wszystko! A właściwie wiedziało. I było bardzo dobrze zorganizowane. Niemcy w końcu
      Jak sam tytuł wskazuje, ludzie robili rzeczy godne pogardy ;)
      Na dziedzińcu jeszcze by się ukryli. Zasłonili ciężarówką czy cuś i szybko wyjęli te skrzynie
      Jesteś naczelnikiem loży szyderców, co? :D

      Do zobaczenia!

      Usuń
    2. Podoba mi się ten tytuł :D

      Usuń

Próba