środa, 12 lipca 2017

Rozdział 20 - Na krawędzi

27 listopada

Od rana major Car siedział przy telefonie, oczekując sygnału od zaufanego człowieka. Pracujący na Pawiaku strażnik zadzwonił przed dziesiątą, by potwierdzić przejazd ciężarówki z Kwietniem.
Zaraz po odłożeniu słuchawki major spojrzał po twarzach zebranych w jego mieszkaniu podkomendnych.
- Ruszamy. - Na jego przyzwolenie sprawnie zeszli na dziedziniec, załadowali broń na ciężarówkę i dojechali na miejsce, w którym mieli zaskoczyć konwój. Wysiadali pojedynczo, szli różnymi ulicami. Tańczyński zaparkował w jednej z uliczek, tak, aby mógł wyjechać z niej jak najszybciej. Po drugiej stronie głównej ulicy stanął samochód, prowadzony przez Filipa. Topór dotknął kieszeni, w której ciążyły mu dwa granaty. Miał nadzieję, że nie będzie musiał ich używać. Jeśli Siwa celnie rzuci butelkami, powinna unieszkodliwić obydwa pojazdy niemieckiego wojska.
Barbara ukryła butelki na brzuchu pod luźnym płaszczem. Nie widać było po niej strachu, jedynie determinację i skupienie. Co chwilę zerkała na majora, czytającego ogłoszenia na słupie. W rzeczywistości Car dyskretnie spoglądał na Alicję, stojącą na zakręcie. Jako aktorka doskonale udawała znudzoną oczekiwaniem panienkę. Spojrzała na złoty zegarek na swoim nadgarstku i wypuściła powietrze z płuc. Widząc to, Barbara niemal wybuchnęła śmiechem. Alicja zachowywała się zupełnie, jakby wyimaginowany chłopak artystki spóźniał się na spotkanie.
Janek i Fryderyk stali nieopodal, opierając się plecami o mur. Pierwszy czytał gazetę, drugi obserwował Cara spod przymrużonych oczu. Kątem oka widział Szymańskiego, gawędzącego z siedzącym za kierownicą ciężarówki Tańczyńskiego.
Minęło prawie pół godziny, odkąd Zuzanna stanęła na swojej pozycji. Zastanawiała się, ile jeszcze może to potrwać. Zmarzły jej ręce, więc przyłożyła je do twarzy i chuchnęła ciepłym powietrzem. Przez palce zobaczyła zbliżający się motocykl z niemieckimi żołnierzami. Zaraz za nim jechała wojskowa ciężarówka, mająca przewozić majora. Obserwatorka otworzyła torebkę i zaczęła gorączkowo przeszukiwać jej wnętrze. Uniosła głowę, by sprawdzić, czy Baletnica zauważyła sygnał. Rudowłosa aktorka już wyjmowała szminkę, więc Zuzanna wyjęła z torebki rękawiczki i ruszyła chodnikiem, zaraz za ciężarówką.
Gdy wyszła zza zakrętu, usłyszała pierwsze strzały i hałas rozbijanej szyby. Nicpoń i Janek ostrzelali pojazdy, ciężarówka płonęła od butelki z benzyną. Jeden z Niemców wyskoczył z kabiny i schował się po drugiej stronie. Wyciągnął pistolet i wystrzelił na oślep, dym zasłaniał mu napastników. Od tyłu zaszedł go Robert, trafiając podoficera w ramię. Niemiec podskoczył i osunął się na ziemię. Wystrzelił jeszcze kilka razy w kierunku Szymańskiego, uciekającego do bocznej uliczki.
Tymczasem Car mocował się już z drzwiami, za którymi miał czekać Kwiecień. Dobiegły do niego obydwie obserwatorki. Major szarpnął za prawe skrzydło i otworzył je na oścież. Wskoczył na rampę i rozejrzał się. W środku oprócz ciemności nie znajdowało się nic. Przynajmniej tak wydawało mu się w pierwszej chwili.
- Panie majorze, na dole! - krzyknęła Zuzanna, stojąca na ziemi obok Alicji, wskazując to, co zostało z Kwietnia. Aktorce wystarczyło jedno spojrzenie na ciało, by odwrócić się i zwymiotować na ulicę. Pocisk leżącego Niemca trafił ją w nogę, gdy nieudolnie celował w głowę aktorki. Chwilę potem dosięgnął go strzał z karabinu Fryderyka.
Aktorka wrzasnęła i przewróciła się na bruk. Zuzanna z przerażeniem kucnęła obok niej.
- Nicpoń! - zawołała łamiącym się głosem. Chłopak podbiegł i od razu podniósł Alicję. Po chwili dołączył do nich Robert i wziął ją na ręce.
- Weźcie Kwietnia! - Odszedł w stronę ciężarówki.
Pozostali wspólnymi siłami wyciągnęli nosze z majorem. Fryderyk i Car zanieśli go do samochodu, dziewczyna pobiegła za nimi.
- Jedźcie! - Dowódca zatrzasnął drzwi za Zuzą. Topór wcisnął gaz i samochód pognał przed siebie.
Janek zabrał pistolet leżącemu Niemcowi i pobiegł z nim w stronę ciężarówki Tańczyńskiego. Tam Robert, cały we krwi, tamował krwawienie z łydki Alicji.
- Niemcy! - Dobiegł ich krzyk Barbary. Rudowłosa biegła w stronę ciężarówki, dźwigając karabin, wyszarpnięty z rąk zabitego pasażera przyczepki motocyklowej. Tańczyński uruchomił silnik i podjechał parę metrów, by biegnąca mogła szybciej wskoczyć. Na końcu zabrali Cara, któremu Janek podał rękę i wciągnął do środka.
Po dwóch zakrętach zgubili pościg. Dopiero teraz Car rozejrzał się po pasażerach, oceniając straty. Alicja leżała, ciężko sapiąc. Jej ręce były niemal białe od kurczowego ściskania brzegu ławki. Nogę zawinęli jej w szalik Roberta. Sam Szymański siedział po drugiej stronie, równie blady co Alicja. Jego ręce były całe we krwi, podobnie jak lewy bok. Wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Obok niego usiadł Janek.
- Stary, co jest?
Robert w odpowiedzi przechylił się na bok, opadając na nogi przyjaciela. W płaszczu miał dziurę, namokniętą ciemną krwią.
- Siwa, pomóż! Postrzelili go w plecy!
Postrzał w plecy okazał się niegroźnym draśnięciem lewego boku.
- Baletnica, Siwa, musicie wysiadać! - Rozległo się z kabiny. Ciężarówka zwolniła, zbliżając się do ustalonego miejsca wysiadki dziewczyn.
- Nikt nie wysiada, jedziemy prosto do ciebie, mamy rannych! - odpowiedział Tańczyńskiemu Car.
Auto przyspieszyło i skręciło w kolejną uliczkę. Kapitan jechał dalej, aż do placu otoczonego znajomymi kamienicami.

***

Siwa i Car wnieśli Alicję po schodach kamienicy Tańczyńskiego. Dziewczyna wciąż była w szoku. Robert wchodził o własnych siłach, opierając się na ramieniu Janka.
Właściciel mieszkania przygotował miski z wodą i czyste ubrania. Ułożyli Alicję na tapczanie kapitana, Robert ciężko opadł na stary fotel. Tańczyński kazał mu wstać i położyć się na łóżku swojej żony. Kobiety nie było w domu, wyszła zrobić zakupy na targu. Robert zaoponował, ale Janek popchnął go w stronę sypialni. Opatrzył przyjaciela, nawet nie trzeba było wyjmować pocisku. Kula rozszarpała skórę i przeleciała dalej.
W domu znalazły się bandaże zarówno dla Szymańskiego, jak i aktorki. Tańczyński poprosił, by wszyscy zostali na obiedzie. W drzwiach stanęła jego żona. Początkowo wystraszona taką ilością gości, przywitała się szybko i zabrała się za przygotowanie jedzenia. Porcje były skromne, ale ciepłe i dość smaczne.
Po obiedzie Siwa, Janek i Tańczyński poszli ukryć broń, która została w ciężarówce. W tym czasie Car pożegnał się z żoną kapitana i wyruszył w odwiedziny do Fryderyka i Filipa, sprawdzić, jak się miewa Kwiecień.

*** 

- Berta, otwieraj! - syknął Fryderyk, dźwigając nosze z Kwietniem. Od drugiej strony podtrzymywał je Topór. Zuzanna wyjęła z kieszeni klucze Filipa, które dostała jeszcze w samochodzie i pobiegła otworzyć. Pod drzwiami czekała już doktor Katarzyna, trzymając torbę w trzęsących się dłoniach.
- A więc aż tak z nim źle... Doktor Drzewicka wspominała coś o tym, ale nie myślałam, że będzie aż tak źle... - mamrotała pod nosem, wchodząc zaraz za noszami.
- Zuzanno, proszę, przynieś wody, chłopcy, prześcieradło!
Lekarka wbiła w rękę Kwietnia igłę strzykawki, napełnionej morfiną. Major przestał cicho jęczeć, co towarzyszyło każdemu lekkiemu dotknięciu jego ciała. Zuzanna pomagała doktor Katarzynie, Fryderyk z Filipem stali nieco z boku. Widząc, że praca kobiety i jej asystentki może potrwać dłużej, wyszli z pokoju, by usiąść przy stole w kuchni.
- Widziałeś może, co się stało Baletnicy? - zagadnął Fryderyk.
- Cały czas siedziałem w aucie - burknął Filip. Oboje mieli zły humor, zwłaszcza że nie wiadomo było, czy uratowany major przeżyje lub ile przeżyje.
- Ten Niemiec, co leżał, strzelił do niej. To chyba nic poważnego, trafił w nogę.
Ciszę, która zapanowała po jego słowach, przerwało dopiero stukanie do drzwi. Młodzi poderwali się na nogi, wyciągając pistolety. Nie zdążyli oddać ich po akcji, więc jeśli za drzwiami czekali Niemcy, mogli z zaskoczenia zastrzelić kilku z nich. Gorzej, jeśli czekało ich tam pięciu, sześciu, czy dziesięciu.
Powoli zbliżyli się do drzwi, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Fryderyk powoli otworzył. Na klatce stała znajoma sylwetka majora Cara.
- Ach, to tylko pan...
- Baliśmy się, że to Niemcy.
- Czyżbyście popełnili jakiś błąd? Gonili was?
- Tylko na początku - uspokoił go Filip. - Nie znajdą nas, nie powinni.
- Co z Kwietniem? Jak się czuje?
- Jeszcze nic nie mówił, zajmuje się nim ta lekarka i Berta.
Car wkroczył do pokoju, w którym leżało zmasakrowane ciało Kwietnia.
- Proszę nam nie przeszkadzać - poprosiła doktor Katarzyna.
- Nie będę, szanowna pani. Jaki jest jego stan?
- Poważny.
- Rozumiem. Kiedy będę mógł z nim porozmawiać?
- Za godzinę, jak Bóg da. Jeśli się obudzi, proszę podać mu to. - Wręczyła majorowi leki.
- Oczywiście. Wobec tego nie przeszkadzam. - Wycofał się do kuchni. Usiadł przy stole z Nicponiem i Toporem. Otworzył usta, by powiedzieć im o rannych uczestnikach akcji. Nie zdążył jednak wydobyć ani słowa, gdyż z korytarza dobiegło ich głośne tupanie i krzyki w języku niemieckim.

3 komentarze:

  1. Heeejooo
    Nie nastawiaj się na zbyt wiele, bo za dużo do komentowania nie mam
    Błędów tym razem nie ma O.O Ale nie chciało mi się dokładnie sprawdzać
    Akcja poprawna, oczywiście nie mogło pójść dokładnie wg planu, no bo jak to tak, przecież zawsze musi pójść coś nie tak. Kwiecień/Maj/Czerwiec/cokolwiek pewnie niedługo umrze, nie po to go ratowali, żeby teraz sobie spokojnie pożył. Zresztą musi wyrobić dawkę tragizmu, żeby inni mieli trochę więcej spokoju. Postrzeleni szybko wrócą do zdrowia, a szkoda, mogłaby być jakaś trauma albo trwały uszczerbek na zdrowiu. Ale po co w sumie.
    A, no i żona kapitana potrafi przewidywać przyszłość, akurat kupiła więcej jedzenia, tak, żeby dla wszystkich starczyło.

    Lecę komentować kolejny, mam nadzieję, że będę miała co
    Pa, pa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, i zapomniałam o dramatycznym cliffhangerze, ciekawe czy ktoś do nich wpadnie *ignoruje głosik krzyczący "NIE"*

      Usuń
    2. Hej,
      Wreszcie, brak błędów :D
      Poprawna, och, dziękuję za uznanie. Poprzednia akcja poszła bez kłopotów, nie może zawsze być bezproblemowo, moi bohaterowie nie są nadludźmi.
      Z tym uszczerbkiem nic nie wiadomo, ale chyba zrobię Ci na złość i wszyscy wyzdrowieją.
      Żona nie wiedziała, napisałam, że porcje skromne. No, ale cóż, nie dogodzisz.
      Nie nastawiaj się na zbyt wiele.
      Pa!

      Usuń

Próba